Długo zastanawiałem się, czy popełnić ten wpis. Przyznaję, że bałem się tego, co chciałem tutaj napisać, bo presja, bo ludzka ocena, bo brak zrozumienia. Jednak w końcu uznałem, że mam prawo zabrać głos w sprawie tego, co dzieje się w Polsce, bo jestem Polakiem. I mam też prawo wyrazić swoją opinię na temat tego, co dzieje się w Kościele, bo jestem Katolikiem. 

Kiedy na przygotowaniu Eucharystii z grupą z Drogi Neokatechumenalnej wybrzmiał tekst niedzielnej Ewangelii, w mojej głowie zakotłowało się od dwóch myśli. Przez tydzień wciąż i wciąż wracało to, co stało się owocem tamtego przygotowania, dlatego postanowiłem o tym napisać. Bo dla mnie było to ogromne zaskoczenie! 

Szósty rozdział Ewangelii wg św. Łukasza. Jezus wybrał Dwunastu i zszedł razem z nimi z góry na równinę. Tam znajdował się tłum Jego uczniów oraz wielkie mnóstwo ludu z całej Judei i z Jeruzalem oraz z nadmorskich okolic Tyru i Sydonu.

I to jest pierwsza rzecz, która mnie uderzyła. Łukasz przedstawia dwie grupy ludzi. Mamy tłum uczniów Jezusa oraz wielkie mnóstwo ludzi, którzy przybyli, aby słuchać Mistrza z Nazaretu i znaleźć uzdrowienie z chorób, a nawet dręczeń, których źródłem były duchy nieczyste. Jezus w tamtym czasie okazuje się mieć już sporą grupę uczniów (stąd później może wysłać jeszcze siedemdziesięciu dwóch w celu głoszenia i uzdrawiania).

I teraz następuje ciekawa rzecz.

Mówimy, że spadł z konia, chociaż Dzieje Apostolskie wcale tak nie opisują tego zdarzenia. Mówimy o nim „Apostoł Narodów” – i w sumie to dobrze, jednak prawdą jest, że był faryzeuszem i mordercą. Nie wiem, czy kiedykolwiek popatrzyliście na Pawła z tej perspektywy, z jakiej kiedyś sam na niego spojrzałem: MORDERCY, który zaczął KOCHAĆ…