Zdalnie samotni uczniowie

Dzieci i młodzież są ofiarami „zdalnego nauczania”. Wiele osób głośno mówi o opłakanych skutkach takiego sposobu prowadzenia zajęć, coraz częściej pojawiają się opinie psychologów, że stany depresyjne wśród dzieci i młodzieży są spowodowane ciągle przedłużającymi się lockdownami. Socjalizacja wtórna leży i kwiczy! I każdy ma prawo mieć na to wszystko swój własny pogląd i osąd, a nawet ocenę, to prawda. I ja taki mam – bo jestem nauczycielem, który pracuje z dziećmi i młodzieżą. I jestem zdruzgotany! 

Czasami wręcz staję na głowie, żeby wymyślić, jak siedząc przed ekranem laptopa, spowodować by moi uczniowie chcieli się zaangażować w zajęcia. Rozmawiam ze znajomymi, szukam inspiracji, rozmawiam z moimi rodzicami licząc na to, że może wspólnie wpadniemy na jakiś pomysł. Czasami się udaje. Czasami nie. Są zajęcia, gdzie dzieciaki chcą się angażować, a są i takie, kiedy wiem, że nic z tego nie wyszło. Ale kwestie prowadzenia zajęć zdalnych nie są dla mnie wielkim problemem. Na szczęście moi uczniowie są szczerzy i nawet jak pytam, w co grają na lekcji, to odpowiadają, że „w taką gierkę”. Spróbowałem więc zapytać, dlaczego to robią – wszystko w bardzo luźnej atmosferze. Odpowiedź była zaskakująca! „Bo już nie mogę wysiedzieć!” – wow! Oto powód! Spadł mi kamień z serca, bo okazało się, że wcale nie chodzi o to, że moje lekcje są nudne. W nich jest ogrom niewykorzystanej energii!

W jednej z siódmych klas postanowiłem zrobić mały eksperyment. Kiedy rozpoczęliśmy lekcję, zapytałem ich, dlaczego nie włączają kamer. Pytałem wprost: wstydzicie się? Może się czegoś boicie? Jaki jest powód? Usłyszałem: „no wie pan… w sumie to nie ma jakiegoś ważnego powodu” i po chwili dwadzieścia osób miało włączone kamery. Co to była za radość, kiedy siebie zobaczyli! To była jedna z najlepszych lekcji! Nie musiałem ich zmuszać, zastraszać, prosić – nic z tych rzeczy. Po prostu zapytałem, dlaczego nie włączają kamer, a to pytanie uświadomiło im, że w sumie nie ma powodów, by tego nie robić.

Trochę większy problem był w klasie szóstej, w której dzieciaki są niesamowicie krzykliwe (ale tak pozytywnie, choć czasami to przeszkadza). Jako, że jestem opiekunem Samorządu Uczniowskiego, ogłosiliśmy „Walentynkowy Dzień Bajkowy”. Zasady były proste – przebierz się za dowolną postać z bajki i uczestnicz w zajęciach w przebraniu. Jako, że byłem pomysłodawcą tego wydarzenia, postanowiłem też się przebrać. Jaki był efekt? Większość uczniów z klasy, o której wspominałem wyżej, przebrała się za różne postaci z bajek i ku mojemu zaskoczeniu miałem około piętnastu włączonych kamer na zajęciach! I tak już zostało.

Liceum, to jednak zupełnie inna bajka. Ostatni raz widziałem moich uczniów, kiedy zarządziłem ustne odpowiedzi „twarzą w twarz za pośrednictwem komputera”. Postawiłem sprawę jasno –  odpowiadają wszyscy, sam na sam ze mną, ale warunkiem zaliczenia jest włączona kamera. Tego dnia jakoś nikt nie miał problemów z niedziałającą kamerą! Każdy zameldował się na spotkaniu i odpowiadał na zadawane pytania. Wtedy zrozumiałem, że o ile w szkole podstawowej dzieciakom jest łatwiej włączyć kamery, o tyle w liceum strach przed ocenieniem przez innych powoduje, że częściej kamery „nie działają”, niż działają. Jednak wiedziałem, że muszę walczyć dalej i znaleźć sposób inny, niż przymus, żeby dotrzeć do tych ludzi.

I nadarzyła się świetna okazja! Temat zajęć: socjalizacja. Postanowiłem, że nie skupię się tylko i wyłącznie na samym temacie, ale spróbuję zrobić coś więcej – poruszyć ich. Plan był karkołomny, bo nie wiedziałem, czy oni w ogóle słuchają mnie podczas zajęć (generalnie wyciszone mikrofony uczniów, to dla nauczyciela spory problem – już wolałabym słyszeć mlaskanie podczas zajęć, bo wiedziałbym, że ktoś tam w ogóle jest). Trzy godziny przygotowywałem się do jednej lekcji, ale czułem, że trzeba. I poszły w ruch takie rzeczy, jak serial „Stranger things”, bajka „Dzwonnik z Notre Dame”, książki (m.in. „Opowieści z Narnii”, „Władca pierścieni”) i inne. Nie wiedziałem, co przez tę jedną lekcję odkryję…

Unikając zbędnego wstępu napiszę wprost – młodzież jest zdołowana, załamana, zrozpaczona. Napięcia wynikające z lęku i niepewności zaczynają ich przytłaczać w sposób, w jaki nikt się nie spodziewał, że w ogóle może się zdarzyć. Ilość uczniów cierpiących na depresję jest zatrważająca! Nie mają znikąd pomocy, a część grona pedagogicznego zamiast wyrozumiałości i wsparcia, wciąż traktuje ich jak kłamców, oszustów i leni (co najczęściej wychodzi w sposobach przeprowadzania testów, sprawdzianów, kartkówek, itp.). To ma ich motywować?! Podczas rozmowy z nimi po zajęciach zrozumiałem, że jeśli nie znajdzie się nikt, kto o nich zawalczy, kto powie im dobre słowo, kto okaże wsparcie i zrozumienie, to nawet jeśli wrócą do szkół, to niewiele się zmieni. Podzieliłem się z kilkoma nauczycielami tym, co usłyszałem podczas zajęć. I postanowiliśmy działać, na ile to dla nas w ogóle możliwe.

Nie wiem, jak inni moi koledzy próbują dodać otuchy uczniom, ale ja uznałem, że będę im udowadniał, jak bardzo są mądrzy, wspaniali i jak wielka przyszłość ich czeka. Na każdej lekcji jestem wyczulony na cokolwiek, co mogłoby być przyczyną powiedzenia: „wow! To genialna myśl!”, „super! Świetnie to wyjaśniłaś/eś!”, „Wasze kartkówki wypadły genialnie! Tak trzymajcie!”. Niby głupio proste, ale owoce są niesamowite! W ciągu dwóch tygodni uczniowie stali się bardziej aktywni, zgłaszają się do projektów, które mają przygotować i zaprezentować, a nawet czytają tematy do przodu, żeby móc pochwalić się wiedzą, kiedy przerabiamy dany temat! I zaczęli się uśmiechać do włączonych kamer. Nie wszyscy, ale nawet jeśli nie ma włączonej kamery, to jest głos (tak, mlaskania też, bo żeby odczarować trochę to zdalne nauczanie, pozwalam uczniom jeść podczas zajęć i sam czasami biorę jakiegoś wafelka i go jem, żeby dotrzymać towarzystwa jedzącym). Oni zaczęli się starać i lekcje dzisiaj są po porostu czystą przyjemnością w porównaniu z tym, co było jeszcze miesiąc temu.

Ale nie myślcie, że nie ma problemów. Są i to straszne… Co kilka dni dostaję kolejną wiadomość od rodzica, że dziecka nie będzie na zajęciach, bo dostało depresji. Bóle i zawroty głowy, problemy ze snem, załamania nerwowe, stany lękowe… Zawsze wtedy odpisuję rodzicom, że z mojej strony nie ma problemu, a jeśli mógłbym w czymś pomóc, to jestem do dyspozycji. Sprawdziany, kartkówki – to może poczekać, a i statut szkolny daje możliwość innej formy zaliczenia materiału. Korzystam z tego.

Uczniowie potrafią też się rozpłakać podczas zajęć. Miałem taką sytuację raz. Ustaliliśmy z jedną z klas, że będziemy mieli zajęcia przy włączonych kamerach. Kiedy wszystkie kamery się włączyły, jedna osoba się rozpłakała. Dlaczego? Bo, jak sama powiedziała, zrozumiała ogrom swojej tęsknoty za swoją klasą.

Jest mi szkoda moich uczniów, a w sposób szczególny tegorocznych maturzystów, którzy przez trzy lata mieli… strajk nauczycieli, pierwszy lockdown, drugi lockdown… Rozmawialiśmy podczas konsultacji (na żywo, w szkole) i padło ciekawe stwierdzenie z ust jednej z uczennic: „my tak naprawdę byliśmy zostawieni sami sobie, bo nikt się nami nie interesował”. Mocne. Pracuję w szkole od września, to prawda. Już tysiąc razy usłyszałem, że jestem młody i mi się jeszcze chce. Raz nie wytrzymałem i odpowiedziałem: „to skoro się panu nie chce, to po co pan tu pracuje?”. Spokojnie! Dzisiaj jesteśmy dobrymi kolegami z pracy! To pytanie było bardzo ważne i bardzo potrzebne mojemu koledze. Bo w sumie, to prawda – jeśli jestem nauczycielem, to chyba moim obowiązkiem jest zaangażowanie się w sprawy moich uczniów, a nie rozkładanie rąk i powtarzanie, że tu nic ode mnie nie zależy, bo oni się nie uczą.

Gdyby mieli się uczyć sami, to po co w takim razie szkoły i nauczyciele? Wydaje mi się, że tu chodzi właśnie o to, że nauczyciel i uczeń powinni razem pokonywać drogę. Nauczyciel ma wiedzę, to prawda, ale zamiast gadać i gadać, trzeba stanąć obok uczniów i pójść z nimi, razem, wspólnie. Kiedy uczennica z maturalnej klasy powiedziała, że jeden z nauczycieli stwierdził: „pociąg do matury już odjechał, a wy zostaliście na peronie”, to ja odpowiedziałem: „ciekawe skąd to wie? Chyba sam cały czas jest na tym peronie”. Wewnętrznie się wściekłem! Co to za komunikat? Ano: dla was już za późno, nic z was już nie będzie, jesteście na przegranej pozycji, nie ma sensu się starać.

I jak po trzech latach słuchania takich komunikatów uczniowie mają uwierzyć w to, że jednak mogą zdać maturę?

Uwielbiam moich uczniów i uważam, że są najwspanialszymi osobami, jakie tylko mogą być. Są bystrzy, mądrzy, kreatywni, wścibscy, wredni, złośliwi, śmieszni, pamiętliwi, uszczypliwi – i za to ich lubię. Ale są też bardzo stłamszeni, zlęknieni, smutni, tęskniący… Jeżeli lockdown potrwa jeszcze rok, to będziemy musieli podnosić dzieciaki i młodzież z dołków tak głębokich, że chyba nieliczni odważą się do nich zejść. Jeżeli już teraz nie spróbujemy pomóc im w ukierunkowaniu kipiącej w nich energii (nawet zdalnie), to wybuchną, a jak wiadomo, po wybuchu niewiele zostaje do zbierania i jeszcze mogą ucierpieć znajdujący się w pobliżu ludzie.

Rozumiem zagrożenie płynące z pandemii. Rozumiem troskę o zdrowie i życie ludzi. Tyle, że skupiając się jedynie na walce z wirusem, stajemy się ślepi na problem, który jak rak zaczyna zżerać dzieciaki i młodzież. Tu nie pomoże resocjalizacja. Nie każdy z nich będzie mógł trafić do psychoterapeuty. Nie każdy będzie w stanie poradzić sobie z tym, co przeżywa teraz. Zamknięci w domach, siedzący przed komputerem, pochyleni nad telefonem, odetną się od rzeczywistości która ich otacza i nie będą w stanie czerpać radości ze spotkania z drugim człowiekiem, jeżeli teraz, w tym momencie, nie spróbujemy nawiązać choć cienkiej linii relacji. Lęk stanie się dla nich kaftanem, ogrom tęsknoty kulą u nogi, poczucie niezrozumienia i osamotnienia zamknie ich w klatce z której o własnych siłach nie wyją, nawet jeśli będziemy im opowiadali, jak piękny jest świat poza nią.

Martwię się o nich. Bo mam wrażenie, że moja uczennica wypowiedziała bardzo prawdziwe słowa: „my tak naprawdę byliśmy zostawieni sami sobie, bo nikt się nami nie interesował”. Albo udowodnimy im, że jednak nie są sami, a my się nimi interesujemy, albo… Wolę już sobie nie wyobrażać innego rozwiązania i innej alternatywy. Bo to może być najbardziej smutne i dojmujące wyobrażenie.