Jest dla nas nadzieja

Boję się tego wpisu. Bo nie wiem, czy go zrozumiesz, o ile w ogóle postanowisz go przeczytać. Jednak pomyślałem dzisiaj, że to pora dać wyraz temu, co myślę. Jak nie zrobię tego teraz, to nie zrobię tego wcale, a uważam, że sprawa jest bardzo ważna.

Nie rozumiem świata, w którym żyję. Z jednej strony domaga się on prawdy, z drugiej – żyje w kłamstwie. Niby pragnie równości,  ale dyskryminuje, podcina skrzydła, tłamsi tych, którzy odważą się na inność, niezależnie od tego, czy jest to inność z lewa, czy z prawa… Niby wszyscy krzyczą wręcz o miłości, ale równocześnie zdradzają, łamią serca i odmawiają miłości drugiemu człowiekowi.

Żyję w tym świecie, ale w ogóle go nie rozumiem.

Odkąd pracuję z młodymi ludźmi (a to już trwa od dziesięciu lat), zastanawiam się, dlaczego nikt nie zauważa, że oni są lekarstwem… Nie, nie ich poglądy o których mówią na głos (robią to dlatego, bo szukają akceptacji w grupie), ale mam na myśli to, co noszą w sobie, w głębi. Szlachetność, odwaga, miłość, bezinteresowność. Jest to często zakopane pod ogromną stertą bólu, poczucia niezrozumienia, krytyki od innych… Ale to w nich jest!

Pamiętam, kiedy pewien duchowny napisał po premierze książki Papieża Franciszka „Bóg jest młody”, że oto mamy w Kościele moment, gdy dochodzi wręcz do kultu młodości – bo synod młodych, bo książka, bo w ogóle, to za dużo tej młodzieży. Są ważniejsze i bardziej palące problemy. Kilka tygodni temu przeczytałem, że w Łodzi kilkaset osób wypisało się z lekcji religii… I zadałem sobie pytanie: „czy aby na pewno są bardziej palące problemy?”.

Rzecz w tym, że my jako Kościół w Polsce, mamy na dzień dzisiejszy niewiele do zaproponowania młodym. Piszę to z całkowitą świadomością, że najprawdopodobniej wyleje się fala krytyki na mnie za te słowa. Jednak jestem pewien ich prawdziwości. Przygotowania do bierzmowania to fikcja, a powtarzane kłamstwo o ich gotowości i dojrzałości oraz dobrowolności przystąpienia do tego sakramentu doprowadza mnie do szału. Podpisy zebrali, regułkę wkuli, egzamin zdali – proboszcz zadowolony, wikary może odetchnąć z ulgą, biskup miał kogo namaścić i wszyscy są szczęśliwi.

Chciałbym jednak zapytać: co później dzieje się z tymi ludźmi? Wiesz, co u nich? Jak żyją? Czy nie potrzebują przypadkiem pomocy, wsparcia? Czcigodny i przewielebny księże – najprawdopodobniej nawet nie przejdzie im przez myśl, żeby przyjść do ciebie z problemem. A wiesz dlaczego? Bo pomyślą, że znowu będą musieli zbierać podpisy…

Krytykować młodego człowieka jest BARDZO łatwo. On nie odpyskuje (no chyba, że na lekcji religii, w szkole, tam będzie miał odwagę). A nawet jeśli się odważy, to spacyfikują go rodzice ku wielkiej uciesze i radości księdza. Bo w końcu będzie porządek…

A to jest złudny porządek.

Jeżeli my, jako wspólnota ludzi wierzących, nie stworzymy młodym przestrzeni, gdzie będą w stanie powiedzieć o swoich problemach, wypłakać się, wygadać, gdzie poczują, że ktoś liczy się z ich zdaniem i że mają realny wpływ na to, co się dzieje wokół nich, nigdy ich nie odzyskamy. Grzmiąc z ambony o ideologiach, morderstwie dzieci w łonie matek – kompletnie nic nie zdziałamy! Bo to może zrozumieć tylko ktoś, kto ma minimum otwartości na doświadczenie wiary. A my – jako Kościół – każemy młodym siedzieć cicho. I siedzą, tyle, że równocześnie nie otwierają swoich serc nie na nas, ale na Boga.

Oczywiście powiecie za chwilę: „hola! Jeśli Bóg zechce, to otworzy ich serca!”. Tak? A ja myślę, że Bóg dał wolną wolę człowiekowi i nigdy nie zachowa się jak gwałciciel, który wlezie w buciorach w życie człowieka, który go nie chce.

Sobór Watykański II, a za nim Paweł VI, Jan Paweł II, Benedykt XVI i dziś Franciszek, powtarzali nieustannie, że jest tylko JEDNO rozwiązanie na każdy kryzys i jest nim Jezus. Nie ksiądz, nie chwytliwe kazanie (a już tym bardziej monolog złożony ze sklejek i różnych myśli mówiących najwyżej o niczym), nie siostra zakonna, nie świecki, nie wspólnota – TYLKO JEZUS.

I w tym kontekście chciałbym zapytać, odważnie i bez ogródek: kiedy ostatni raz usiadłeś z młodym chłopakiem, bądź młodą dziewczyną i powiedziałeś mu/jej, że sensem twojego życia jest Jezus? Tylko tyle! Nie więcej! Kiedy ostatni raz miałeś odwagę powiedzieć młodemu człowiekowi, że nie jesteś chodzącą encyklopedią i nie masz odpowiedzi na wszystko? Czy raczej dalej brniesz w argumentację rodem z thrillerów albo taniego serialu, ewentualnie cytując najwybitniejszych teologów Kościoła, choć niczego nie wnosi to do rozmowy?

Miałem okazję w ciągu tych dziesięciu lat rozmawiać z młodymi ludźmi wielokrotnie. Tak, są pogubieni. Tak, cierpią. Tak, brakuje im relacji z Bogiem. Ale najbardziej dojmujące są te momenty, kiedy mówią mi, że ksiądz nie dopuścił ich do bierzmowania, bo nie był na jednym spotkaniu. Bo ksiądz powiedział, że wybierzmują ją po jego trupie. Bo ich nikt w Kościele nie chce. To są ich słowa, nie moje.

Zdałem sobie sprawę, że nawet najlepsi duszpasterze młodych będą ponosili porażki, bo choćby na głowie stawali i byli prawdziwie Bożymi kapłanami, ich poświęcenie pójdzie na marne, kiedy inny kapłan zwyzywa młodego człowieka przy spowiedzi (nie był na Mszy w niedzielę, bo miał gorączkę – tylko o to chodziło, żeby nie było głupich domysłów), albo kiedy proboszcz zacietrzewi się tak bardzo, że niczym go nie ruszysz… Albo – to był hit! – proboszcz zakomunikował dziewczynie, że nie dopuści jej do bierzmowania, bo na pewno jest tak samo głupia, jak jej matka… Dosłownie.

Chcecie mieć młodych w kościołach? To zacznijcie ich słuchać. Oni wam powiedzą, czego chcą. Choć i w tym wypadku są takie chwile, kiedy czuję, że zaraz wybuchnę… Oto w pewnej diecezji odbywa się spotkanie młodzieży i przeprowadzana jest ankieta, w której młodzi piszą, jakie nabożeństwo chcieliby przeżyć w przyszłym roku. Zestawiono wyniki, odbyło się spotkanie (miałem szczęście w nim uczestniczyć) i ksiądz odpowiadający za formację młodych komunikuje zebranym, że chcieli nabożeństwo uwielbieniowe, ale (uwaga!) my (chodziło o obecnych tam księży) wiemy lepiej i nie zrobimy takiego nabożeństwa. Wymyślmy coś innego.

Nie mogłem uwierzyć…

To po co trud przygotowania ankiety? To po co trud opracowywania wyników tych ankiet? No po co? Skoro wy wiecie lepiej, czego oni chcą, to po co pytać ich, czego oni chcą?

Siedziałem w piątek z maturzystami w szkole na zajęciach. Rozmawialiśmy o wielu sprawach. I wiecie… Nikt z nich słowem się nie zająkną o dyskryminacji, aborcji, tęczowej ideologii… Natomiast każdy z nich mówił o tęsknocie, o poczuciu, że przez zdalne nauczanie stracili bardzo dużo, że brakuje im koleżeńskich relacji, że są zmęczeni siedzeniem przed komputerami, że chcieliby gdzieś wyjechać.

Pewien znajomy ksiądz prowadzi „podziemne duszpasterstwo”. Zeszli do podziemi, dosłownie, żeby móc się spotykać. Nie ksiądz chciał. Młodzi prosili. Od roku nie odbywały się żadne spotkania ze względu na pandemię. Dzisiaj się spotykają, bo młodzi powiedzieli księdzu: „nie chodzi o to, że chce nam się pogadać, ale chcemy się wspólnie pomodlić, przeczytać Pismo Święte, chcemy się nim podzielić”.

Wiecie, jak bardzo młodzi ludzie tęsknią dzisiaj za relacjami? Jak bardzo brakuje im spotkań? Wiecie, że ich problemy w ogóle nie dotyczą tego, o czym mówią wielcy tego świata (ewentualnie parafii)? Widzicie ich dzisiaj na strajkach? Powiem wam dlaczego. Bo zamiast pomóc im spotkać Jezusa, my im Go obrzydzamy. My – jako wspólnota. Pokłóceni, podzieleni, oszukujący, kłamiący, niedotrzymujący słowa. My – nikt inny nie ponosi winy.

Jednak jest w tym wszystkim nadzieja. Bo młodzi nie są znudzeni Jezusem i Ewangelią, ale nami. Oni nie ufają nam jako wspólnocie, a nie Jezusowi. Oni mają kryzys wiary – ale w instytucję, nie w Boga. Zawiedli się, ale nie na Bogu, lecz na nas – na wierzących, którzy nazywamy siebie Katolikami. Kiedy już w końcu pęknie ta sztucznie nadmuchana bańka pseudo-pobożności wielu z nas, jest nadzieja, że młodzi podniosą nasz Kościół ze zgliszcz. Bo zobaczą wtedy nie ten nadmuchany balon, ale Jezusa, którego do tej pory skutecznie im zasłaniamy.

Doskonale rozumiem dzisiaj Jana Pawła II, który mówił do młodych, że to oni są nadzieją Kościoła. Są. I to ogromną nadzieją.

I wiecie co? Nie jest sztuką narzekać na młodych. Sztuką jest ich usłyszeć i zrozumieć.