Cieszy mnie, że Biskupi coraz odważniej zabierają głos. Cieszy mnie to, że w końcu mam poczucie, że w polskim Kościele coś się zmienia. Lecz obok nieukrywanej radości z tego, że niewygodne sprawy w końcu zostaną – mam taką nadzieję – wyjaśnione, odczuwam także potrzebę powiedzenia głośno: NIE ZAPOMNIJCIE O LUDZIACH!

Zadaję sobie pytanie, co powiedziałby Jezus, gdyby zobaczył nas dzisiaj. Podzielonych, poróżnionych, nieszanujących innych ludzi. We wspomnienie św. Brata Alberta, o którym kardynał Wojtyła pisał, że Bóg zgiął jego kolana przed nędzą człowieka, zastanawiam się, czy my jeszcze w ogóle postępujemy zgodnie z Ewangelią. Czy przypadkiem nie zapomnieliśmy o nauce Jezusa…? 

Koronawirus jest zagrożeniem. Co do tego nikt nie powinien mieć wątpliwości. Wielu już zabrało głos. Ogromna ilość ludzi wyraża swoje opinie na blogach, w felietonach, artykułach, wpisach na FB, w komentarzach, na grupach… O samym koronawirusie nie będę pisał. Chcę natomiast powiedzieć o czymś, co mnie najbardziej zasmuca – o Kościele, w którym koronawirus obnażył największą ranę. Tą raną jest podział. 

Siedzę właśnie w pracy. Kończę zmianę. Jestem sam, klientów brak, gra muzyka, tu coś pipka, tam bzyczy, ludzie rozmawiają, krzyczą, śmieją się, biegną, idą… A ja siedzę za biurkiem i zastanawiam się, co jest nie tak ze mną samym. Jak odnaleźć siebie w tym wszędobylskim hałasie?