Wiecie jak jest. Człowiek często siedzi i myśli sobie, jakie to byłoby cudowne, gdyby mógł robić „nic”. Po prostu być w domu, oglądać filmy i seriale, leżeć i leniuchować. Kiedyś myślałem, że to spełnienie wszelkich marzeń! Dzisiaj wiem jedno – to byłoby przekleństwo. 

Takie wnioski wyciągam po kilku tygodniach kwarantanny. Wróciłem do pracy, jednak wejść w tę rzeczywistość tak całkowicie? Do dzisiaj jeszcze nie mogę się zebrać w sobie, by dać z siebie sto procent. Mam wrażenie, że jestem zmęczony tym, że jestem zmęczony… Naprawdę!

Już po pierwszym tygodniu miałem dosyć bombardujących mnie informacji. Oglądałem zaległe odcinki seriali i filmy. Jednak po siedmiu dniach miałem dość. Ból głowy, czerwone oczy. Wziąłem do ręki książki. O, tak! To było to! Czytałem albo po kilkaset stron dziennie, albo po całej książce. To było tak cudowne! Tak wspaniałe!

Raz tylko skorzystałem z Mszy online. Uznałem, że istnieje poważna potrzeba przeżycia kwarantanny czternastodniowej na serio, a jeśli mogłem skorzystać z dyspensy Biskupa, zrobiłem to. Nie powiem – Ojcowie Dominikanie z Łodzi pozwolili mi przeżyć tę godzinę w naprawdę dobry sposób. Jestem im za to wdzięczny do dzisiaj, gdyż czułem, że naprawdę byłem częścią tej Eucharystii, choć dzieliło nas kilkaset kilometrów.

Jednak muszę przyznać, że świat wirtualnych modlitw, Mszy, rekolekcji i w ogóle, które wyrastały jak grzyby po deszczu wszędzie, gdzie to było tylko możliwe, niekoniecznie mnie porwał. Tak samo, jak nie porwało mnie wysłuchiwanie kolejnych informacji podawanych w TV, na portalach i tak dalej… Czułem, że dla mnie jest to moment wyciszenia. Nawet na Triduum Paschalne udało mi się „zaciągnąć” u znajomego Księdza. Już w tym miejscu zaznaczam, że nie czuję się „lepszy” od tych, którzy nie mieli takiej możliwości. Wręcz przeciwnie – wiedziałem, że ryzykuję, tyle że… to dawało mi możliwość przeżycia Triduum Paschalnego w sposób, w jaki być może nigdy już nie będę mógł go przeżyć. Była nas garstka w kościele. Cisza, brak pośpiechu… Dla mnie to naprawdę było ważne.

Siedzę każdego dnia w moim pokoju odmawiając Liturgię Godzin. Podjąłem się nowenny przed Świętem Miłosierdzia Bożego, a dziś kończę nowennę przed Uroczystością Zesłania Ducha Świętego. Od czasu do czasu odmawiam Różaniec (tak, wiem, mógłbym codziennie, ale po co ściemniać?). Zawsze robię to sam. Nie łączę się online. Wiecie dlaczego? Bo adoruję Pana, który jest przy mnie. Bo jest! Jest WE mnie, jest ZE mną, jest PRZY mnie, jest OBOK mnie. JEST!!

Nie chcę, aby ktokolwiek pomyślał, że krytykuję ludzi uczestniczących w życiu online Kościoła. Tak nie jest. Cieszę się, że udało się tak wielu duchownym podjąć odpowiednie kroki, by być blisko swoich owieczek. Ale ja naprawdę zmęczyłem się wirtualnie, kiedy na każdym kroku dostawałem albo wiadomości, albo wyświetlały się informacje o tym, że najrówniejsze parafie udostępniają się online.

Dzisiaj, w przededniu Zielonych Świątek, myślę o tym czasie, który minął. Ile dobra z tego wyciągnęliśmy dla siebie? Ile wyciągnąłem ja? Noszę w sobie głębokie przekonanie, że Duch Święty jest nam dzisiaj bardzo potrzebny, bo jeśli napełnieni Duchem ludzie nie zaczną głosić Ewangelii, to zamiast tysięcy, będziemy mieli pustki w kościołach.

W Wielki Piątek ledwie garstka ludzi mogła znajdować się w kościołach podczas liturgii, prawie tak, jak na Golgocie była ledwie garstka pod Krzyżem Chrystusa. Jutro, niczym po zesłaniu Ducha Świętego, kościoły mogą pękać w szwach, bo zniesiono limity. Jednak poważnie się zastanawiam nad tym, czy nie przespaliśmy (my – KOŚCIÓŁ) troski o ludzi i o ich wiarę. Czy będziemy mieli prawdziwe tłumy wierzących w kościele, słuchających słów Ewangelii? Jak wielu znajdzie się w kościołach?

Tak naprawdę stajemy przed poważnym wyzwaniem – czy będziemy prawdziwie głosicielami piękna Ewangelii Jezusa? Czy naszymi słowami i czynami zachęcimy ludzi do słuchania tej cudownej i życiodajnej Ewangelii Chrystusa? MY – wierzący. Nie tylko księża. Każdy z nas, kto ma siebie za wierzącego, musi wziąć w tym udział.

Wiem, że kiedy pójdę jutro do kościoła na Eucharystię, będę się cieszył z każdego człowieka, którego zobaczę. I będę tęsknił za każdym, którego na Mszy nie spotkam. I będę się modlił za tych, którym drogi do kościoła wydłużyły się zbytnio i nie dotarli na najcudowniejsze spotkanie z Bogiem.

Obu Duch Święty powiał przez świat z całą swoją wszechmocą. Oby! Bo potrzebujemy Go dzisiaj. I to bardzo.