Siedzę właśnie w pracy. Kończę zmianę. Jestem sam, klientów brak, gra muzyka, tu coś pipka, tam bzyczy, ludzie rozmawiają, krzyczą, śmieją się, biegną, idą… A ja siedzę za biurkiem i zastanawiam się, co jest nie tak ze mną samym. Jak odnaleźć siebie w tym wszędobylskim hałasie?

Nie macie czasami tak, że kiedy myślicie o swoich zajęciach, o swojej pracy, to macie jeden wielki wyrzut sumienia? Na początku nie wiedziałem, skąd one się we mnie biorą, ale później to zrozumiałem. Jako katolik mam dość dużo momentów, kiedy moje sumienie krzyczy, bo ja bym chciał robić wszystko tak dobrze, sprawiedliwie, tak, jak powinno być zgodnie z zasadami etyki, a równocześnie moi pracodawcy wymuszają pewne działania, w których muszę być tak troszeczkę „na bakier” z moim własnym sumieniem. Bronię się, ale to ma wpływ na moje kiepskie wyniki, przełożeni kręcą nosem, ja się denerwuję, rodzi się lęk, frustracja, niepewność…

Tak sobie własnie pomyślałem, że być katolikiem w XXI wieku, to naprawdę nie łatwa sprawa. Otwierasz Pismo Święte, czytasz je, zachwycasz się nim i chcesz TAK ŻYĆ, dokładnie tak samo JAK JEZUS. Zamykasz Biblię, wychodzisz z domu pełen wielkich i wspaniałych pragnień, wchodzisz w tłum ludzi i… w mojej głowie rodzi się wtedy taka myśl: „Boże, co ja tu robię?!”. W głowie staram się policzyć, ile razy podczas pracy w sercu wołałem do Boga o pomoc, wsparcie, siły. Muszę się przyznać, że czasami to się po prostu do niego wydzieram w duszy, wrzeszczę wręcz, bo mam dość.

Łatwo jest oceniać będą w innej sytuacji. Praca, którą mam, daje mi naprawdę sporo, bo nie muszę być dla nikogo ciężarem, mogę być jako tako samodzielny. Jednak tej pracy nie lubię. Bo łamie moje sumienie.

Nikt nie pyta, czy jako katolik możesz pracować w niedzielę. Jest handlowa? To pracujesz. A ja bardzo bym chciał mieć niedziele przeznaczone tylko dla Pana. Chcesz premię – rób plan, nawet jeśli masz oszukać. Nie chcę oszukiwać, więc plan robię powoli, w najbardziej uczciwy sposób jaki jest możliwy. To naprawdę kosztuje mnie, jako człowieka, sił, zaangażowania, niepewności, nerwów.

Niekiedy myślę sobie, że rzucę to wszystko i gdzieś wyjadę. A może zostanę bezdomnym? Do wyścigu szczurów po prostu się nie nadaję.

Myślę o Chrystusie. On w sumie żył z tego, co dawali Mu inni z Ojcem na czele. Prawdziwie wolny człowiek, wolny mężczyzna. Nie przyjęli go w jednym miejscu, szedł do drugiego. Miał pieniądze – fajnie. Nie miał – też super. Umiał prosić o wodę, o jedzenie – ogólnie mówiąc: potrafił prosić o wszystko. Sam też potrafił zadbać o swoje potrzeby. Co różni mnie i Jego? Jezus stanowił o Sobie na podstawie relacji z Ojcem. To była jedyna rzecz, na której Jezus budował poczucie własnej wartości. I umiał to przekładać na rzeczywistość w której żył.

Jak jest ze mną? Zupełnie na odwrót. W sobie samym czuję się po prostu nikim ważnym. Moje poczucie własnej wartości jest na zupełnie dennym poziomie. Pochwały innych uważam za ulotne jak mary senne, oklaski się kończą, zachwyty mijają… Wiecie co mam na myśli? Wszystko, co ten świat mi oferuje, jest ulotne. Prawda jest taka, że nie mam zaczepienia w czymś stałym, co by dawało mi prawdziwe poczucie własnej wartości. I to jest problem bardziej we mnie samym. Bo jako katolik powinienem wiedzieć, że jest On – mój Bóg, który mnie kocha i z tej miłości oddał swoje życie! Jestem taką ceną odkupiony, że aż nogi powinny się pode mną uginać!

Dlaczego nie potrafię tym żyć? Bo nie jest łatwo być katolikiem w XXI wieku, kiedy wszyscy wokół próbują na siłę i w chamski sposób udowadniać, że mają rację, że wiedzą lepiej, że są nieomylni w swoich poglądach i kiedy wymuszają na drugim akceptację ich pomysłu na życie drugiego człowieka. Nie jest łatwo iść pod prąd w tym świecie. Kiedy to robisz, obrywasz z każdej strony.

I teraz najważniejsze!! Jezus też oberwał. On też szedł pod prąd. Dotarło do mnie właśnie, że niekoniecznie wszystko się zmieni już za chwilę, już za moment. W pracy będzie ciężko, bo będę próbował być uczciwy. W świecie będzie ciężko, jeśli będę próbował żyć Ewangelią (no weź człowieku bądź miłosierny, jak ludzie wokół Ciebie walczą na śmierć i życie! albo kochaj, kiedy widzisz, jak ludzie nie potrafią okazać nawet grama szacunku).

Ewangelia jednak uczy nas właśnie takiego stylu życia. Na przekór światu. Inaczej. I wcale nie obiecuje nam łatwego, utopijnego życia, pełnego sukcesów. Tu znów warto pomyśleć o Jezusie – bo czy ktoś z Jemu współczesnych myślał, że krzyż jest sukcesem? Nawet sam Jezus bał się krzyża podczas modlitwy na Górze Oliwnej. Ale to jest własnie kroczenie pod prąd, wbrew logice sukcesu tu i teraz.

Ten wpis nie sprawi, że pokocham moją pracę, to pewne. Ale może sprawi, że jeszcze bardziej będę wpatrywał się w Boga i budował moją wartość na relacji z nim, a nie na pseudo-sukcesach w pracy?? Kto wie?