Miłość MUSI MIEĆ SMAK!

Nadzieja może ponownie zapłonąć tylko dzięki miłości, która pełna wiary trwa nieustannie. Nawet wobec burz, wichrów, huraganów – ona trwa, bo wierzy w ten świat, czasami podły i zły, ale przede wszystkim piękny. Miłość jest wyjątkowa pod tym względem, że nawet jeśli zaginie w nas wiara, zgaśnie nadzieja,  to będziemy cierpieć na głód miłości. Wciąż będziemy pragnąć miłości!

Wielu ludzi mówi, że nadzieja umiera ostatnia.

Tak, tylko jeden płomień prawie nigdy nie gaśnie. To płomień nadziei. Ale nadzieja niewytłumaczalnie podtrzymywana jest przez miłość, nawet taką, która jest już tylko aktem tęsknoty. Tęsknoty pełnej wiary…

Wiara bez miłości będzie pełna goryczy i niespełnionych ambicji. To miłość nadaje smak wierze, sprawia, że nie jest ona cierpka, ale smakuje wybornie! Kiedy wiara stapia się wraz z miłością w jedno w nadziei – wtedy smak wiary jest tak pełny, że aż nie do opisania.

Miłość jest solą nadającą charakteru  wierze i wciąż roznieca płomień nadziei, rozpala go na nowo w każdej chwili.

Czym byłby ten świat, jeśliby zabrakło w nim miłości?

Mówi się o przeznaczeniu, ale czym w ogóle jest przeznaczenie? Uważam, że można być przeznaczonym tylko do jednego – do miłości. Bo to ona właśnie rodzi w nas nadzieję, budzi do życia i ponagla wiarę.

Jak często tęsknisz za prawdziwą miłością? Jak często o niej myślisz?

Najgorszy grzech będzie ci wybaczony, jeśli tylko przyjmiesz prawdziwe oblicze miłości, pełnej poświęcenia, tęsknoty za byciem lepszym choćby dla drugiego człowieka. Miłości, która tak bardzo kocha, że aż gotowa jest poświęcić się do końca dla ciebie. Twoje serce musi być wypełnione miłością, bo inaczej umrze za życia. Stanie się kamienne, zimne, nieczułe i głuche na prośby, łzy, uśmiechy czy gesty.

Miłość musi się dawać i nigdy nie może chcieć brać. Bo jeśli zapragnie brać, przerodzi się w pożądanie. Miłość musi być otwarta, bo zamknięta zgnije i stanie się samolubna.

Miłość musi brać w objęcia i wciąż się ofiarowywać. Musi być latarnią na ciemnej drodze, szeptem w chwili samotności, pokrzepiającym gestem w beznadziei i ręką ocierającą łzy z twarzy tego, komu serce pękło z tęsknoty. Miłość musi trwać w nas, bo człowiek bez miłości staje się jedynie kukłą, na której każdy domaluje cokolwiek zechce i człowiek ten stanie się tym, kim inni chcą, by był.

Miłość ma nadawać smak także nam. Jest ona solą, która, jeśli będzie zwietrzała, stanie się obrzydliwością dla innych. Zostaniemy wtedy wypluci. Po prosu wyrzuceni jak śmieci, odrzuceni, jak każdy, kto zamiast kochać miłością dającą, kocha samego siebie miłością samolubną.

To miłość w nas sprawi, że w innych zapali się być może płomień nadziei. To miłość w nas obudzi wiarę w kimś innym. Jeśli nasza miłość będzie nadawała smak wierze i wspólnie będą rozniecać płomień nadziei w nas – staniemy się szepczącą latarnią na ciemnej drodze, do której jakiś przechodzień przytuli się, bo będzie emanowała ciepłem, spokojem i dobrem i wskaże drogę temu, kto być może zagubił się na złych drogach życia.

Tylko trzeba przyjąć miłość do swojego serca i uwierzyć w to, że nadzieja naprawdę może płonąć.

Głodujemy…

Jeszcze nigdy ludzie nie byli tak bardzo głodni miłości. Jak wielu ludzi głoduje! A jest to śmiertelne głodowanie! Śmiertelny głód miłości, głód dobra, głód pokoju i przebaczenia!

Dziś widziałem po raz kolejny taki obrazek: ktoś podwozi człowieka. Ten człowiek wychodzi i z uśmiechem na ustach się żegna. Miłe słowa, pozdrowienia dla rodziny tego, który podwoził, życzenia miłego dnia. Kiedy ten podwożony człowiek zamyka drzwi samochodu i odwraca się, jego uśmiech natychmiast znika. Na jego twarzy maluje się niemalże od razu smutek, jego oczy robią się szare… Zaczyna iść, z każdym krokiem jakby coraz bardziej przytłoczony.

Ten świat głoduje. Naprawdę bardzo głoduje. To takie smutne.

Czułem się jakąś zjawą na ulicy dzisiejszego popołudnia. Jakbym tylko ja się uśmiechał. Minąłem chyba tylko dwie osoby, które uśmiechnęły się do mnie. Reszta – patrzyła na mnie dziwnie. To takie przykre…

„…abyście się wzajemnie miłowali, jak Ja was umiłowałem…” (J 13, 34).

Zapalić pochodnię, biodra przepasać…

Dzisiejsza Ewangelia (Łk 12, 35-38) jest wołaniem nie tylko o to, by czekać, ale także wskazuje JAK czekać. Bardzo mnie zachwyciły dzisiejsze sformułowania w Ewangelii wg św. Łukasza i postanowiłem się niektórymi myślami podzielić.

1. „Niech będą przepasane wasze biodra…” – Jezus nie mówi tutaj „przepaszcie”. Używa bardzo dziwnego stwierdzenia, jakby było to bardziej Jego życzenie: „chcę, aby…”, ewentualnie wyraża swoje wielkie pragnienie, byśmy zawsze mieli przepasane biodra. Co to znaczy? Cóż… Przepasanie bioder bardzo często następowało po umyciu się (oczyszczeniu) i było to zawsze pewnym synonimem czystości zewnętrznej, ale i wewnętrznej (np. po odbytej pokucie);

2. „I zapalone wasze pochodnie” – tutaj w zrozumieniu pomógł mi dziś diakon. Otóż: spróbuj zapalić pochodnię w małym pomieszczeniu i pomyśl, dlaczego głupio brzmi wytłumaczenie: masz siedzieć w domu i potulnie czekać z zapaloną pochodnią w ręku. Przecież można się zaczadzić! Pochodnie się KOPCĄ, więc jak na warunki mieszkalne czasów Jezusa, można by było się zabić, siedząc z pochodnią w domu. Dlaczego więc Jezus każe odpalić pochodnię? Po to, aby zmusić do wyjścia. Kiedy nadejdzie Pan, oczekuj na niego między domem a bramą, oświetl mu drogę. Wyjdź i czekaj, nie siedź bezczynnie!

3. „Bądźcie podobni do ludzi oczekujących swego pana, kiedy z uczty weselnej powróci i zakołacze” – śluby w tamtych czasach trwały bardzo długo. A więc czekanie może się znudzić, można coś ukraść pod nieobecność swojego pana, można nie wykonać swoich obowiązków… Można także czekać na niego, być gotowym na jego powrót, wykonać wszystkie swoje zadania a wtedy on przyjdzie i w ramach wielkiej wdzięczności za wierność, obsłuży swoje sługi i pozwoli im ucztować. On stanie się sługą swoich sług!

Jezus mówi: „Czy o drugiej, czy o trzeciej straży przyjdzie, szczęśliwi oni, gdy ich tak zastanie”. Nawet nie wspomina On o szczęściu pana, który wróci. Mówi o szczęściu sług. Bo prawdą jest, że spotka ich wielka radość, bowiem ich pan będzie wdzięczny im za wierność. Wierność pomimo długiego, wydawać by się mogło – bezowocnego czekania. A jednak czekanie, nawet żmudne, sprawi, że słudzy będą ucztować a On, Pan, będzie dla nich wszystkim, obdarzy ich wielkim szczęściem, wielką miłością, wielkimi zaszczytami.

Wierność nie jest nudna! Wierność nigdy nie może się znudzić! Wiernym trzeba być do końca, zawsze, bez przerwy, bez wyjątku.

Trzeba więc nam zapalić pochodnie, biodra przepasać i wyjść z ciasnych, brudnych, zakurzonych i małych ram pychy, egoizmu i grzechu, stanąć przed bramą swojego serca i oczekiwać. Bo Pan w każdej chwili może przyjść i zapukać. Otwórz wtedy bramę serca, oświetl mu drogę – on skruszy Twoje ograniczenia, oczyści Twoje życie i z wdzięcznością posadzi Ciebie przy stole uczty, przy stole życia i da Ci to, co ma najlepszego – swoją Miłość.

Być źródłem miłości dla innych.

        Pan Bóg bardzo często stawia nas w pewnej przestrzeni, która jest wolna od jakiejkolwiek miłości i mówi: „Oto powierzam ci tą przestrzeń, abyś zasadził w niej miłość”. Proste polecenie. Często przez nas nierealizowane.

 

Dziś nie chcę odwoływać się do Pisma Świętego, wielkich teologów, psychologów czy innych. Chcę po prostu podzielić się pewnym doświadczeniem, po części także i mojego krótkiego życia.

Każdy z nas żyje w pewnej przestrzeni. Czasami w przestrzeni życia rodzinnego, innym razem studenckiego czy seminaryjnego, szkolnego czy kawiarnianego. Za każdym razem jest to przestrzeń, która nie należy do mnie, ale jest mi ofiarowana. Ofiarodawcą danej przestrzeni życia jest sam Bóg.

Kiedyś poczyniłem dwa wpisy mówiące konkretnie o miłości Boga i o tym, że to On jest Miłością i jedyne, czego od nas oczekuje, to miłość. Dziś przyszło mi do głowy, że Bóg chce, abyśmy byli siewcami Miłości czyli siewcami Jego Osoby.

Zastanów się, drogi czytelniku, w ilu przestrzeniach przyszło Ci żyć? W jednej, dwóch? Pięciu a może nawet i dziesięciu? W ilu przestrzeniach, w których żyjesz, jesteś świadkiem Miłości, jesteś Jej siewcą, źródłem? Czy każdy człowiek, postawiony na Twojej drodze, może czerpać od Ciebie Miłość?

Nie mam tutaj na myśli miłości fizycznej, ale miłość bardziej duchową, miłość braterską, przyjacielską. Masz wokół siebie więcej wrogów czy ludzi, których kochasz pomimo uprzedzeń i niechęci? Więcej przyjaciół niż nieprzychylnych Tobie ludzi czy może na odwrót a jeśli na odwrót, to czy pomimo braku przychylności z ich strony, jesteś nadal świadkiem Miłości? Czy też jesteś osobą, która stwierdza: „nie muszę wszystkich kochać!”?

Jeśli tak myślisz, to niestety – jesteś w błędzie. Jezus był strasznie konkretny w tych sprawach. I tak, jak konkretny był, tak też konkretnie nakazał, by kochać KAŻDEGO, bez względu na to, czy jest Samarytaninem, Poganinem, Celnikiem, Cudzołożnicą czy kimkolwiek innym. Kochać każdego, znaczy KAŻDEGO, nie wybiórczych i nie tylko tych, którzy są nam bardziej lub mniej przychylni. Nawet dalej się posunę: mamy kochać BARDZIEJ tych, którzy są nam NIEPRZYCHYLNI od tych, którzy stoją po naszej stronie. Na tym bowiem polega bycie wyznawcą Pana.

Przestrzeń, w której żyjemy, coraz częściej okazuje się być pustynią: niekochający ojciec, niekochająca matka, wrogowie, niewierzący wujek czy wredna ciotka. Nasze życie coraz częściej okazuje się toczyć na pustyni pozbawionej wodopoju miłości. My natomiast, jako Katolicy, winniśmy być źródłem – nie wyschniętym, a tętniącym życiem, pełnym ochłody, którą daje Miłość, darowanie win, pomoc, miłosierdzie, słuchanie drugiego człowieka. Takie proste nic, które wydaje nam się tak trudne.

Jezus z miłości oddał życie a my z miłości mamy jedynie być źródłem miłości. Do heroicznych czynów nikt z nas nie jest predestynowany. Jedyna predestynacja naszego życia, to predestynacja do miłości i dla Miłości.

Tak często pragniemy być kochani, ale żeby być kochanym, najpierw trzeba pokochać. Najpierw trzeba zaufać, żeby ktoś mógł zaufać nam. Trzeba stać się źródłem miłości dla innych, aby ożywić ich jako źródło miłości dla nas.

Zawalczyć o życie!

Tyle w dzisiejszym świecie mówi się o tym, by robić to, na co tylko ma się ochotę. Kłam – jeśli ma to tobie w czymś pomóc, oszukuj – jeśli masz coś zyskać, jesteś homoseksualistą – poddaj się temu i żądaj równouprawnienia dla swoich dewiacji, pij, baw się, używaj! RÓB CO CHCESZ!

Psychologowie tak często namawiają do tego, by nie tłamsić swoich pragnień (nawet tych złych!), by robić to, co chce się robić. Generalnie ująć to można w słowach: „hulaj dusza, piekła nie ma!” – co za bzdura!

Jezus Chrystus mówi: „Kto nie bierze swego krzyża,(…) nie jest mnie godzien” (Mt 10, 38) a w innym miejscu zachęca, by zaprzeć się samego siebie, wziąć krzyż i Go naśladować (Por. Mt 16, 24).

Co znaczy „zaprzeć się samego siebie”? To znaczy zaprzeć się tego, co pochodzi z tego świata. Zaprzeć się tego, co we mnie złe i co od Boga nie pochodzi, walczyć z tym i ZWALCZAĆ to w sobie, bo jeśli nie jest to Boże, to jest to złe!! Jeśli moje „ja” nadane mi przez siebie samego jest dla mnie ważniejsze niż moje „Ja” ofiarowane mi przez Boga, to znaczy, że mam się czego wypierać.

A brać krzyż i naśladować Chrystusa oznacza, że nie możemy pozwolić na to, by dać się stłamsić przez ten krzyż.

Chrystus bowiem sam wziąć krzyż, sam go przyjął – z WOLNEJ WOLI. To była Jego decyzja, jego pragnienie – ponieść krzyż i ofiarować siebie.

Podjąć krzyż znaczy więc, że mamy wziąć te nasze wszystkie słabości i stawić im czoła – czyli – zaprzeć się ich, radzić sobie z nimi, walczyć z nimi. Nie pozwolić na stłamszenie nas krzyżem, ale samemu ten krzyż wziąć i ponieść. Zawalczyć o życie! Kroczyć po nie.

Jezus da nam wystarczająco dużo sił. Nie pozwoli On na to, by nam ich zabrakło a jeśli nawet zabraknie, to On poniesie z nami ten krzyż.

Ale trzeba WALCZYĆ!

Walczyć o swoje życie tak samo, jak Jezus zawalczył o życie każdego z nas.

Twój los jest w twoich rękach. Podejmij krzyż. Nie poddawaj się. Nie pozwól się przygnieść ciężarem tego, co w tobie złe. Zawalcz o swoje życie. Już dziś. Nie jutro, nie za tydzień. Teraz.