Archiwum kategorii: Na nowo poznać Chrystusa

26. Wróć do domu, nie do wsi. Do domu… – Mk 8, 22-26

Niewidomy najpierw przejrzał, ale widział niedokładnie. Po drugim dotknięciu „i przejrzał zupełnie i został uzdrowiony”. Dwie różne sprawy. I konkluzja Jezusa: „Tylko do wsi nie wstępuj”. 

Nie wracaj tam, gdzie skąd wyprowadził Cię Jezus. Gest wzięcia za rękę zostaje powtórzony – wcześniej dotyczył teściowej Piotra i córki Jaira. One wstały. Jezus „wydobył je” z dołu zagłady, wyciągnął z beznadziei do życia. 

Tak natomiast wyprowadza niewidomego poza wieś. I ten niewidomy najpierw przejrzał. Ale co było jego prawdziwym problemem? Coś, co domagało się uzdrowienia, a my nie wiemy, co to było. Coś musiało zostać w nim uzdrowione i to wcale nie wzrok! Już przecież za pierwszym razem, jak pisze Marek: „ten przejrzał”. A jednak coś nie pozwalało mu dojrzeć ludzi. 

I chyba o to chodziło. 

Ten człowiek miał problem z zobaczeniem ludzi. Widział chodzące drzewa. W jego oczach ludziom było bliżej do drzew niż do ludzi. Jak bardzo musiał być skrzywdzony przez ludzi w tej wsi! Może miał nadzieję otrzymać od nich pomoc i dlatego do niej przybył? A oni potraktowali go źle i teraz nie był w stanie zobaczyć w nich człowieczeństwa.

Ja sam kiedyś wszedłem w grupę ludzi, od których spodziewałem się otrzymania pomocy, a dziś nie potrafię widzieć w nich ludzi, bo wiem, jak bardzo są zepsuci, zdegenerowani i wyzuci z człowieczeństwa. 

Mając do nich żal, nie będę w stanie ujrzeć Wszystkiego jasno i wyraźnie. Mając żal do kogokolwiek, nieuleczony żal i niewybaczoną krzywdę w sobie, pielęgnowanie przez lata – nie ujrzę jasno i wyraźnie wszystkiego, co jest wokół mnie rzeczywiście. 

Ale to jest miejsce, które musi uzdrowić Pan. Musi uzdrowić moje patrzenie na tych, którzy mnie skrzywdzili. 

I Pan uzdrowi to miejsce we mnie. 

A mi nie wolno wracać do tej „wsi”, do tej grupy, z której Pan mnie wyprowadził, ale mam wrócić do domu. 

Do domu. 

Do rodziny.

Jezu. 
Czyn w moim sercu to, co Ty uznajesz za słuszne i dobre. Ulecz moje patrzenie na tych, którzy mnie skrzywdzili, zranili i zawinili względem mnie. Pozwól mi zobaczyć w nich człowieczeństwo. 
Daj mi widzieć wszystko jasno i wyraźnie, bez mgły pretensji, niewybaczenia i pamiętliwości. Amen.

25. Uświadom sobie, że On JEST! – Mk 8, 1-21

Zdecydowanie nazbyt często martwię się tym, czego mi brak, nie zauważając, jak wiele mam. Ale od początku.

Jezus jest nadal w ziemi pogan i dokonuje tam cudu. Cud jest bardzo podobny do tego wcześniejszego, gdy rozmnożył 5 chlebów i 2 ryby. Teraz natomiast cud dokonuje się na 7 chlebach i kilku rybach. 

Tak, jak wtedy – mamy tu pewien symbol, który jest małym „bonusem” przy prawdziwym cudzie rozmnożenia. 7 chlebów można utożsamić z siedmioma narodami (plemionami) pogańskimi, których musieli wyrzucić Izraelici z Ziemi Obiecanej, gdy do niej wchodzili. I Jezus bierze w ręce to, czym oni żyją. Tak! Jezus to wykorzystuje, aby ostatecznie doprowadzić ich do wiary w Niego. 

Jezusowi zrobiło się żal tłumu. Tak, jak poprzednio. Jezus ulitował się także nad poganami (grecki przekład mowi: Lituję się…, co my tłumaczymy jako: żal mi…), bo chce, by wszyscy bez wyjątku w Niego uwierzyli. Ale kolejność musi być zachowana: najpierw Żydzi…

To, co Jezus czyni – to są ogromne znaki! Jakiego by chcieli znaku faryzeusze? Sam nie wiem… Pytanie brzmi: Czy ja wierzę bezinteresownie? Wiem o Jezusie naprawdę dużo, ale czy wierzę? Na co czekam? Spotkałem Go, On odsłania się przede mną. Czego mi brakuje? Dlaczego nie wierzę tak w pełni? Na co czekam? 

Uczniowie w lodzi rozprawiają o tym, że nie mają chlebów. To ważne – NIE MAJĄ ICH. A jednak Marek subtelnie wtrąca: „uczniowie zapomnieli zabrać chleby, i tylko jeden chleb mieli ze sobą”, a chwilę później to, co już przywołałem: „że nie mają chlebów”. 

To mają czy nie mają? 

Marek akcentuje dwa razy, że NIE MAJĄ. Raz, że MAJĄ.

Gdzie jest więc ten jeden chleb? 

Jezus jest tym chlebem. 

Jedyny chleb, który może nasycić wszystkich, każdego! Jeden chleb. Jedyny! 

Jedyny, który może nasycić 12 pokoleń Izraela i 7 plemion pogańskich (a więc wszystkich pogan – 7, to pełnia). 

Jedyny, który nasyci wszystkie pragnienia, potrzeby, głód – to JEZUS CHRYSTUS! 

Zamiast myśleć, czego nie mam, pora zauważyć, co mam. A raczej Kogo mam. 

Znak niczego nie zmieni we mnie, jeżeli dobrowolnie nie opowiem się po stroni Jezusa. On jest. Pora to sobie uświadomić. On jest. JEST!

Jezu. 
Ty jesteś. Nie pytaj mnie, dlaczego wciąż chcę znaku. Ty wiesz – boje się. Ty znasz prawdę o mnie i tego się boję. Boję się prawdy o sobie i mojej grzeszności. 
Równocześnie wiem, że Ty, tylko Ty, możesz mi pomóc. 
Dziś nie wiem, o co prosić. Więc nie proszę. Po prostu pode chwile w ciszy. 
W Twojej obecności…

24. Bo Jezus jest Synem Boga, a nie szamanem-cudotwórcą! – Mk 7, 31-37

Ewangelia mojego nawrócenia i Ewangelia, która sprawiała mi zawsze największą trudność. A dziś jakoś tak łatwo poszło… To chyba dzięki Wam. Nawet nie wiecie, jak mobilizująca jest świadomość, że Wy możecie to przeczytać 🙂 Nie planowałem też, że akurat ten wpis będzie miał taką datę – kolejne moje urodziny. Bądź uwielbiony Boże za Twoje wszystkie zamysły!

Jezus nadal jest na terenie pogańskim. I ktoś z tych pogańskich osób postanowił przyprowadzić głuchoniemego do Jezusa. A Jezus przedziwnie go uzdrawia. Ale dlaczego w tak dziwny sposób?
Może dlatego, bo ten człowiek jest poganinem? Może ten człowiek musiał w sobie przełamać niechęć do Jezusa, który był Żydem? Jezus jak gdyby wykorzystał coś, co ten człowiek znał, a zrobił to po to, by temu człowiekowi łatwiej było zaufać. Ten człowiek wie, w jaki sposób leczą pogańscy szamani (chyba tak się odmienia? XD) i jest prawie pewne, że tacy szamani próbowali go uleczyć, ale bezskutecznie. A Jezus tak jakby chciał mu pokazać (tylko jemu – na osobności): „Patrz, ja jestem SKUTECZNYM szamanem”.

I to, że Jezus spojrzał w niebo.

To jest bardzo ważne!

Jezus nie „czerpie mocy” z ziemi, z ognia, wiatru, drzewa czy rytmicznie grających grzechotek. Nie. Jezus czerpie moc z Nieba! Jezus wejrzał w Niebo (kai anablepas eis ton uranon) i westchnął. Wejrzał W niebo. I westchnął, jak gdyby zobaczył coś pięknego! Tak. Zobaczył. Ojca! Bo Jezus wszystko czyni w jedności z Ojcem.

I jeszcze to dotknięcie śliną języka. Greckie: kai ptusas hafto tes glosses autu można przetłumaczyć: i splunąwszy dotknął języka jego. Jezus najpierw splunął, a potem tą śliną dotknął języka głuchoniemego. To trochę porządkuje wyobrażenie tej sceny.

I ten człowiek otwiera się, gdy słyszy: „Effatha”. No właśnie! Sam się otwiera! Człowiek musi chcieć się otworzyć! Może słyszał na swój temat różne słowa i nie chciał już ich słyszeć? Może czuł się tak bardzo beznadziejny, że nie potrafił juz sam siebie obronić, sprzeciwić się wobec zła, które go spotykało?

Tak, tam jest Jezus i dokonuje różnych rzeczy, ale to ma zmierzać do wzbudzenia zaufania. I kiedy być może ten człowiek zaufał Jezusowi, potrafił otworzyć to, co zamknął?

Nie twierdzę, że Jezus nie uzdrowił prawdziwego głuchoniemego. Uzdrowił! Ale za tym idzie coś więcej. Jeżeli sam nie zechcesz się otworzyć, jeżeli nie zaufasz i się nie otworzysz, to nic się nie wydarzy!
Zaufaj Jezusowi. I otwórz się przed Nim!

I dlaczego im bardziej Jezus mówi, żeby nie rozgłaszali, tym bardziej oni rozgłaszają? A do tego oni są ZDUMIENI! Bo każdy inny by się chwalił swoimi „dokonaniami”. Jezus tego nie nie chce. Jezus nie chce, żeby ludzie Go kochali dlatego, bo dokonuje On cudów. Cuda są sprawą prawdziwie nieistotną! SERIO! Istotna jest wiara oparta na zaufaniu. Jezusowi zależy na tym, żeby ludzie uwierzyli w Niego, jako Syna Bożego, a nie jako cudotwórcę!

Bo Jezus jest Synem Boga! Nie szamanem!

Jezu. 
Dziękuję Ci za to, że pozwalasz mi rozumieć, jak ważna jest wiara w Ciebie. Pozwól mi w Ciebie nade wszystko wierzyć! 
I pomóż mi otworzyć się w pełni przed Tobą. Pomóż mi zaufać Tobie, Jezu Chryste, Synu Boży. Amen.

23. Cierpliwość, pokora i ufność kobiety przyrównanej do psa – Mk 7, 24-30

O Jezusie usłyszała kobieta, której eichen to thugatrion autes neuma akatharton – miał córeczkę jej duch nieczysty. Córeczka tej kobiety była niewolnicą nieczystego ducha. Była w jego posiadaniu. Ale najbardziej uderza mnie stwierdzenie: córeczka. 

Nie dziewczynka, nie dziecko, ale córeczka. Tak musiała o niej mowić matka: moja córeczka. Jakże ważne było dla niej jej dziecko!
Tak samo o swojej córce mówił Jair: To thugatrion mu – Córeczka moja… Wtedy mówił przełożony synagogi, teraz natomiast mamy pogankę, Syrofenicjankę, która przecież nie wierzy w Boga Jahwe! 
Tak, jak Jezus odpowiedział na prośbę Jaira, tak tez odpowie na prośbę poganki. Ale zanim… 

Jezus nie mówi do niej: „niedobrze jest zabierać chleb dzieciom, a rzucać szczeniętom”. Znaczy się mówi! Ale w nieco innym znaczeniu: „Nie jest dobrze labein ton arton ton tek non Kai tois kunariois balein – wziąć chleb dzieci i szczeniętom rzucić”. 

Ten chleb jest WŁASNOŚCIĄ dzieci. 

To jest konkretnie CHLEB DZIECI. 

Porównanie, którego używa Jezus, jest bardzo wymowne: On najpierw musi nasycić tych, do których został posłany. Naród Wybrany ma pierwszeństwo. A to, czy pozwolą się nasycić, to już inna sprawa. Mają chleb, który jest ich własnością. To, czy go zjedzą, czy się nim nasycą, nie jest teraz ważne. 

Ważne jest to,, że ta kobieta rozumie, że to nie jest dla niej. Jeszcze nie. Ona tak trochę rozumie, że Jezus nie jest do niej posłany, że On jest Żydem, że ona nie jest jeszcze w tej „elitarnej grupie”. A mimo to mówi: „lecz i szczenięta pod stołem jedzą okruszyny…”. 

Czy ja pozwoliłbym na to, by przyrównano mnie do psa? Miałbym na tyle pokory, by uznać swoja małość. AŻ TAK? 

Poza tym…

Jezus mówi jej, że jej córeczka jest wolna od złego ducha. Ona wraca do domu i zastaje swoją córeczkę zdrową. 

Zaufała słowu Jezusa. 

Nie zobaczyła cud JUŻ! Od razu! Nie… 

Musiała wrócić do domu, żeby się przekonać. Co musiało się dziać w jej sercu – tego nie wiemy. Wiemy jedno – zaufała i nie zwątpiła, choć wszystko wokół niej mogło krzyczeć wręcz, że to niemożliwe. 

I w tym różni się ona od Żydów, którzy zaraz będą żądać znaków. Ona nie chciała znaków. Ona zawierzyła Jezusowi. 

A ja wierzę Jezusowi? 

Ufam Mu?

Jezu. 
Wlej w moje serce łaskę cierpliwości, pokory i ufności w Twoje słowa. 
Wiem, że nigdy o mnie nie zapominasz, nawet, jeśli czasami staję się jak pies. 
I nawet jeśli przyjdzie mi czekać długo, i nawet jeśli będę poniżany, spraw, by, nigdy w Ciebie nie zwątpił. Odsuń ode mnie pychę. Wzmocnij we mnie pokorę. Amen.

22. Jak żyjesz? – Mt 7, 1-23

Żydzi uważali, że są „w porządku”, bo spełniają uczynki wymagane przez Prawo. To znaczy: myli dłonie, liczyli kroki w szabat, robili wszystko, żeby tylko nie zaciągnąć nieczystości. A jak się zaciągało nieczystość? Dotykając czegoś lub kogoś nieczystego. 

Nie dotknę trędowatego, bo on jest nieczysty. Nie dotknę żebraka – bo jest nieczysty. Kubek też umyję, tak na wszelki wypadek, bo może być nieczysty (ktoś, kto jest nieczysty, mógl dotknąć ten kubek, albo jakaś nieczysta mucha mogła go dotknąć…), a jak wypiję z nieczystego kubka płyn, który przez nieczysty kubek tez stanie się nieczysty, to i ja się stanę nieczysty.

A jak u nas to funkcjonuje?

Czy mijając pijaka, od którego zwyczajnie śmierdzi, zatrzymam się, by mu pomóc? Dotknę go? Dlaczego nie? Bo jest „ohydny, obleśny, brudny…” – no właśnie… Nieczysty! 

A Jezus mówi, że bardziej nieczyste od tego pijaka może być moje serce, a więc i moje życie. 

Nie jest ważne to, jak się kreuję „na zewnątrz”. Nie jest ważne to, jak wyglądam, co ubieram na siebie, czym się ozdabiam, z czego jem, piję, czy cokolwiek innego. Nawet nie jest ważne to, czy w oczach drugiej osoby (czy tez wielu osób) jestem „w porządku”, fajny, dobry, śmieszny – no właśnie… Czysty. Mam czyste ręce! Mam czyste włosy! Jestem czysty (na zewnątrz). To nie jest ważne! Naprawdę!

O wiele ważniejsze jest to, czy znam prawdę o sobie. Co mam „w sobie”? To grzechy czynią mnie prawdziwie NIECZYSTYM, nie zewnętrzna „powłoka” czystości, czy pobożności. Wiecie? Znam takich, którzy ładnie składają ręce, robią nawet pobożne, poważne miny na Mszy… A są ostatnimi… Nie dokończę. Życiowo są gorsi od tych, których znam, i którzy święci nie są. I my mamy z tym problem! Bo wolelibyśmy ładnie wyglądać i żeby to wystarczyło. Nie wystarczy! Sorry, ale NIE WYSTARCZY. O wiele ważniejsze jest to, JAKIM JESTEŚ CZŁOWIEKIEM WEWNĄTRZ SIEBIE?!

My mówimy, że serce daje życie. Generalnie – utożsamiamy serce z życiem. Serce bije – człowiek żyje. Serce się zatrzymuje, człowiek przestaje żyć. 

A to nie tak! 

Serce przestaje bić, kiedy tracimy życie. To Bóg jest dawca życia. I serce musi być podporządkowane Bogu. 

Można żyć dwojako.

Albo żyć „według serca”, albo „według Boga”. Zależy, co dla nas jest prawdziwie BOGIEM. Serce (a więc moje grzechy, które popełniam, bo dają mi jakieś poczucie spełnienia moich pragnień, bo dają mi przyjemność), czy Bóg? 

Kiedy myślę, że to serce daje życie, wtedy wydaje mi się, że mogę panować nad moim życiem i robić, co chcę. Bo przecież serce należy do mnie, jest we mnie, jest moją własnością (i analogicznie życie), a wtedy wydaje mi się, że jestem panem swojego życia. 

Nie jestem! 

Panem jest Bóg. 

I kiedy On zabierze mi życie, wtedy moje serce zamieni się w proch. 

I jeżeli moim bogiem jest serce, a to, co robię, ma mi dać jedynie moje własne szczęście i przyjemność dla mnie – to skończę tak, jak to moje serce: stanę się prochem i nie będzie we mnie życia.

Jeżeli natomiast Bóg zakróluje na tronie mojego serca, wtedy On da mi życie wieczne. 

Innej drogi nie ma.

Jezu. 

Proszę Cię, abyś zakrólował nad moim życiem. 

Tylko o to dziś pragnę prosić. 

Zakróluj nade mną i moim życiem. Amen.