Żydzi uważali, że są „w porządku”, bo spełniają uczynki wymagane przez Prawo. To znaczy: myli dłonie, liczyli kroki w szabat, robili wszystko, żeby tylko nie zaciągnąć nieczystości. A jak się zaciągało nieczystość? Dotykając czegoś lub kogoś nieczystego.
Nie dotknę trędowatego, bo on jest nieczysty. Nie dotknę żebraka – bo jest nieczysty. Kubek też umyję, tak na wszelki wypadek, bo może być nieczysty (ktoś, kto jest nieczysty, mógl dotknąć ten kubek, albo jakaś nieczysta mucha mogła go dotknąć…), a jak wypiję z nieczystego kubka płyn, który przez nieczysty kubek tez stanie się nieczysty, to i ja się stanę nieczysty.
A jak u nas to funkcjonuje?
Czy mijając pijaka, od którego zwyczajnie śmierdzi, zatrzymam się, by mu pomóc? Dotknę go? Dlaczego nie? Bo jest „ohydny, obleśny, brudny…” – no właśnie… Nieczysty!
A Jezus mówi, że bardziej nieczyste od tego pijaka może być moje serce, a więc i moje życie.
Nie jest ważne to, jak się kreuję „na zewnątrz”. Nie jest ważne to, jak wyglądam, co ubieram na siebie, czym się ozdabiam, z czego jem, piję, czy cokolwiek innego. Nawet nie jest ważne to, czy w oczach drugiej osoby (czy tez wielu osób) jestem „w porządku”, fajny, dobry, śmieszny – no właśnie… Czysty. Mam czyste ręce! Mam czyste włosy! Jestem czysty (na zewnątrz). To nie jest ważne! Naprawdę!
O wiele ważniejsze jest to, czy znam prawdę o sobie. Co mam „w sobie”? To grzechy czynią mnie prawdziwie NIECZYSTYM, nie zewnętrzna „powłoka” czystości, czy pobożności. Wiecie? Znam takich, którzy ładnie składają ręce, robią nawet pobożne, poważne miny na Mszy… A są ostatnimi… Nie dokończę. Życiowo są gorsi od tych, których znam, i którzy święci nie są. I my mamy z tym problem! Bo wolelibyśmy ładnie wyglądać i żeby to wystarczyło. Nie wystarczy! Sorry, ale NIE WYSTARCZY. O wiele ważniejsze jest to, JAKIM JESTEŚ CZŁOWIEKIEM WEWNĄTRZ SIEBIE?!
My mówimy, że serce daje życie. Generalnie – utożsamiamy serce z życiem. Serce bije – człowiek żyje. Serce się zatrzymuje, człowiek przestaje żyć.
A to nie tak!
Serce przestaje bić, kiedy tracimy życie. To Bóg jest dawca życia. I serce musi być podporządkowane Bogu.
Można żyć dwojako.
Albo żyć „według serca”, albo „według Boga”. Zależy, co dla nas jest prawdziwie BOGIEM. Serce (a więc moje grzechy, które popełniam, bo dają mi jakieś poczucie spełnienia moich pragnień, bo dają mi przyjemność), czy Bóg?
Kiedy myślę, że to serce daje życie, wtedy wydaje mi się, że mogę panować nad moim życiem i robić, co chcę. Bo przecież serce należy do mnie, jest we mnie, jest moją własnością (i analogicznie życie), a wtedy wydaje mi się, że jestem panem swojego życia.
Nie jestem!
Panem jest Bóg.
I kiedy On zabierze mi życie, wtedy moje serce zamieni się w proch.
I jeżeli moim bogiem jest serce, a to, co robię, ma mi dać jedynie moje własne szczęście i przyjemność dla mnie – to skończę tak, jak to moje serce: stanę się prochem i nie będzie we mnie życia.
Jeżeli natomiast Bóg zakróluje na tronie mojego serca, wtedy On da mi życie wieczne.
Innej drogi nie ma.
Jezu.
Proszę Cię, abyś zakrólował nad moim życiem.
Tylko o to dziś pragnę prosić.
Zakróluj nade mną i moim życiem. Amen.

