Archiwum kategorii: Po ludzku

BÓG CIĘ ZBAWIA!

Bóg obdarowuje nas nieustannie swoją wielką miłością i zawsze interesuje się losem każdego człowieka. Nawet w obliczu grzechu pierworodnego Bóg nie poprzestaje jedynie na karze, lecz zapowiada wybawienie. To wybawienie daje nam w osobie swojego Syna, Jezusa Chrystusa, najlepszego Pasterza i wiernego Przyjaciela ludzi!

             Jeżeli więc Syn was wyzwoli, wówczas będziecie rzeczywiście wolni – powiedział Jezus do Żydów (por. J 8, 36). Czym jest owa wolność? To przede wszystkim wyzwolenie nas z grzechu a w konsekwencji ze śmierci. Całe posłannictwo Jezusa jest przesiąknięte wolnym wyborem ofiarowania swojego życia za ludzi.

W Mądrościach Syracha zapisane są takie słowa: Wierny przyjaciel potężną obroną, kto go znalazł, skarb znalazł. Za wiernego przyjaciela nie ma odpłaty, ani równej wagi za wielką jego wartość. Wierny przyjaciel jest lekarstwem życia; znajdą go bogobojni (Syr 6, 14-16).

Te słowa są dla mnie bardzo ważne. Szczególnie wtedy, gdy myślę o moich przyjaciołach, wspaniałych ludziach, na których zawsze mogę polegać. Przyjaciel jest tym, który nie pozwoli zboczyć z prawej drogi i zawsze się troszczy o swojego brata w przyjaźni. Lecz czy chodzi tylko o naszych ziemskich przyjaciół?

Znów sięgnijmy do Ewangelii wg św. Jana, gdzie Jezus mówi: Wy jesteście przyjaciółmi moimi (J 15, 14a) i chwilę później dodaje: Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni jego pan, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego (J 15, 15). Także te słowa w dziwny sposób korelują ze słowami Syracha: Kto się boi Pana, dobrze pokieruje swoją przyjaźnią, gdyż taki jak on stanie się jego bliźni (Syr 6, 17). Zauważ, jak bardzo ważne są te dwa stwierdzenia – Syracha i Jezusa. Syrach zaznacza, że jaki jest Ten, który jest pokorny, taki i będzie jego przyjaciel. Jezus stał się jednym z nas (por. Flp 2, 7)! Stał się do nas podobny we wszystkim, oprócz grzechu (Hbr 4, 15). Uniżył się, aby być lekarstwem naszego życia, byśmy mogli stać się tacy, jak On. Bo nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają (Mt 9, 12).

Jezus nigdy nie zgrzeszył, abyśmy i my mogli zawsze kroczyć drogami sprawiedliwości, byśmy podobnie jak On, wybierali nie zło, ale dobro. Za każdym razem, kiedy nie wybieramy dobra, świadomie bądź nieświadomie dopuszczamy się zła. Śmierć Jezusa wyzwoliła nas wszystkich spod prawa grzechu i śmierci (Rz 8, 2). Teraz już Zły nie ma nad nami władzy. Jedynie przez nasze złe decyzje, możemy znów popaść w niewolę grzechu.

Zapewne pamiętasz słowa z Psalmu 23: Pan jest moim pasterzem, nie brak mi niczego. Jezus, kiedy spojrzał na gromadzące się tłumy ludzi tam, gdzie On przychodził, litował się nad nimi, bo byli znękani i porzuceni, jak owce bez pasterza (Mk 6, 34).To wzruszenie Jezusa pokazuje, jak bardzo zależy Mu na nas. On jest Wielkim Pasterzem Owiec
(por. Hbr 13, 20), który sam o sobie powiedział: Ja jestem dobrym pasterzem. Dobry pasterz daje życie swoje za owce (J 10, 11). Lecz nie tylko jako Pasterz chciał On ofiarować za nas życie. Już wspomniałem wcześniej o tym, że Jezus jest naszym najlepszym Przyjacielem. Także o tym wspomniał Jezus, mówiąc: nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich (J 15, 13).

Jezus jest Twoim i moim najlepszym Przyjacielem, bo oddał swoje życie za nas. On jest Twoim i moim Pasterzem, więc nie musimy się już lękać, nawet, jeśli się zagubimy na niełatwych drogach życia. Bo On będzie nas zawsze szukał i zawsze będzie nas wspierał!

Nasz Pan nie poprzestał na słowach deklaracji. On zrealizował wszystko to, co miał zrealizować i co zapowiadał. Umarł za nas. Chciałbym się teraz nieco zatrzymać nad Jego śmiercią.

Zacznijmy od sięgnięcia do zapowiedzi męki i śmierci Mesjasza w Księdze Izajasza. Proroctwa spisane w tej księdze sięgają VIII wieku przed narodzeniem Chrystusa. To właśnie tam padają słowa: Wzgardzony i odepchnięty przez ludzi, Mąż boleści, oswojony z cierpieniem, (…) wzgardzony tak, że mieliśmy go za nic. Lecz on się obarczył naszym cierpieniem, on dźwigał nasze boleści, a my uznaliśmy go za skazańca, chłostanego przez Boga i zdeptanego (Iz 53, 3-4). Faktycznie – Jezus uznany był za bluźniercę, któremu należy się kara śmierci. W oczach Żydów był grzesznikiem, który zasługiwał na potępienie i w ich myśleniu na pewno był przez Boga znienawidzony.

Jezus został odrzucony przez człowieka. Ludzkość odrzuca Go, kiedy przychodzi
w ludzkim ciele (Łk 2, 7), odrzuca Jego naukę, szemra przeciwko niemu i chce go zgładzić (Łk 19,47) aż w końcu pada to najgorsze stwierdzenie: Na krzyż z Nim! (Mt 27, 23).

On jednak nadal nas kocha…

W starym testamencie, kiedy Bóg zawiązał przymierze z Noem, powiedział: Upomnę się też  u człowieka o życie człowieka i u każdego – o życie brata. Jeśli kto przeleje krew ludzką, przez ludzi ma być przelana krew jego. Był to dla Izraelitów największy zakaz – przelewać ludzką krew! Zabijanie bliźniego było najgorszą zbrodnią!

Pełnia złamania tego przymierza to śmierć Jezusa.

Chcę zwrócić Twoją uwagę na to, co dzieje się przed samym skazaniem Jezusa na śmierć. Żydzi najpierw wołają: Ukrzyżuj! Ukrzyżuj! (J 19, 6) i do tego podkreślają, że: my mamy Prawo, a według Prawa powinien On umrzeć (J 19, 7)! Kiedy pojawia się żądanie Piłata, aby to oni osądzili Jezusa i zabili, Żydzi wtedy bronią się i wołają: Nam nie wolno nikogo zabijać (J 18, 31). Zauważasz, jak wielka jest to hipokryzja z ich strony? Oskarżyciele chcą śmierci Jezusa, ale nie chcą ponosić winy za Jego śmierć. Próbują się wybronić. Jednak zapędzają się w swoich krzykach i wtedy pada to znamienne zdanie: Krew Jego na nas i na dzieci nasze (Mt 27, 25), co oznacza przyjęcie całej odpowiedzialności za Jego śmierć.

Prorok Izajasz prorokował: Dręczono go, lecz sam pozwolił się gnębić, nawet nie otworzył ust swoich. Jak baranek na rzeź prowadzony, jak owca niema (…). Tak! Zgładzono go z krainy żyjących; za grzechy mego ludu został zbity na śmierć (Iz 53, 7-8).

Ludzkość zabija Tego, Który całe swoje nauczanie i cuda opierał na miłości. Bo przecież uzdrawiał wielu ludzi, między innymi chromego nad sadzawką (J 5, 1-18), paralityka (Łk 5, 17-26), kobietę cierpiącą na krwotok (Mk 5, 21-34) i wielu, wielu innych. Jezus uczył o obowiązku przebaczenia (Łk 17, 3-4), uczył, jak ważna jest pokorna służba (Łk 17, 7-10). Czy czyniłby to, gdyby nie kochał? Gdyby nie kochał mnie i Ciebie?

Pełnia grzeszności ludzi ukazuje się w tym samym momencie, kiedy objawia się pełnia miłości Boga. Kiedy ludzie coraz bardziej wykrzykiwali najgorsze przekleństwa wobec Niego, On prosił Ojca, aby nie poczytywał im tego za winę, aby im wybaczył. Czynił to wyłącznie z miłości. W wielkim swoim cierpieniu nie zapomina o Tej, która kochała Go całym sercem – o swojej Matce. Więcej nawet! Troszczy się o nią i oddaje swoją Matkę w ręce Umiłowanego Ucznia, aby ten zajął się Nią, gdyż jedyny Jej Syn umiera (por. J 19, 25-27). Gdyby Jezus tego nie uczynił, Maryja nie miałaby nikogo, kto by mógł się nią zająć, przez co byłaby zmuszona do życia tułaczego, podobnie jak Rut i jej teściowa, których historia opisana jest w Księdze Rut.

Jezus oddaje swoje życie za nas. Przybity do krzyża, cały pobity, ubiczowany, wyszydzony i upokorzony oddaje swego Ducha w ręce Ojca (Łk 23, 46).

Urodził się w ubóstwie i opuszczeniu. Umarł wzgardzony i opuszczony niemalże przez wszystkich, których nauczał.

Mój Bracie, moja Siostro.

Jezus umarł za Ciebie, za mnie, abyśmy mogli żyć. Plan Boga jednak nie kończy się na śmierci. Nawet Izajasz powiedział: Jeśli on wyda swe życie na ofiarę za grzechy (…) wola Pańska spełni się przez niego. Po udrękach swej duszy ujrzy światło i nim się nasyci. Sprawiedliwy mój Sługa usprawiedliwi wielu (…). Dlatego w nagrodę przydzielę mu tłumy (por. Iz 53, 10-12).

Nasz Zbawiciel zmartwychwstał! Pokonał śmierć! A my staliśmy się owcami prowadzonymi przez najwspanialszego Pasterza!

On chciał nas zbawić! Bo KOCHA NAS! I zrobił to! Oddał życie za nas – słabych przyjaciół i błąkające się owce. Nie bój się więc, mała Trzódko, bo spodobałaś się Bogu naszemu i zbawiona zostałaś przez Jego Syna.

Felieton, cz. 1: „Bóg cię zna!”

„Zanim ukształtowałem cię w łonie matki, znałem cię, nim przyszedłeś na świat, poświęciłem cię” (Jr 1, 5). Bóg. On naprawdę troszczy się o nas – ludzi. On przenika i zna nas, przenika nasze zamysły i zna wszystkie słowa nasze nim my je wypowiemy (por. Ps 139). Zna nas z imienia. Kocha nas.

W trzech kolejnych numerach legnickiego „Echa Seminarium” pojawił się trzyczęściowy felieton: „Bóg Cię zna, zbawia i kocha”. Postanowiłem podzielić się tymi moimi przemyśleniami, które miały na celu przede wszystkim zachęcić czytelników do sięgnięcia po Pismo Święte, także z Wami, czytelnikami bloga. 

Nie jest wcale łatwo otworzyć Pismo Święte i je czytać. Księga, której używam, ma 1629 stron tekstu. To potrafi zniechęcić. Nim zdecydowałem się przeczytać Stary i Nowy Testament, wielokrotnie myślałem o tym, jak ja przebrnę przez tę nudę? Sam tekst. Co ciekawego może być w czymś napisanym jakieś… cztery tysiące lat temu?

Słyszałem od wielu ludzi, że będzie ciężko przebrnąć przez Księgę Kapłańską, Księgę Liczb, Pierwszą Kronik. Zniechęcony byłem do lektury Pisma Świętego bardziej, niż do „W pustyni i w puszczy”, które osobiście uważam za bardzo nudne dzieło Sienkiewicza. W końcu jednak usiadłem w ławce i otworzyłem Księgę Rodzaju.

Od tamtego dnia mija rok, a ja znajduję w Piśmie Świętym wspaniałe symbole, znaki, proroctwa, modlitwy, opisy bitew. Okazuje się, że nie można się nudzić czytając kolejne strony. Niesamowite zwroty akcji (polecam Wj 13, 17-31), świetnie ukazywane koleje losu Narodu Wybranego – jednym słowem – nawet Tolkien i Lewis nie powstydziliby się powieści napisanych z równie wielkim rozmachem. Nic dziwnego! Wszak autorem jest sam Bóg.

Przede wszystkim jednak ważne jest to, że Pismo Święte nie jest tylko „jakąś-tam-powieścią”. Gdy czyta się Pismo Święte, wtedy sam Bóg mówi do nas, wskazuje nam drogę, prowadzi nas ścieżkami życia. Staje się wtedy drogowskazem, celem, drogą. On – Bóg.

Bóg powiedział do proroka Jeremiasza: „Zanim ukształtowałem cię w łonie matki, znałem cię” (Jr 1, 5a). Bóg jest wspaniałym Ojcem, bardzo troskliwym. Kiedy pochyla się on nad niedolą człowieka, zawsze chce pomóc i robi to bardzo konkretnie (por. Wj 3, 7-10).

Bóg naprawdę się troszczy o nas. Nawet w obliczu popełnionego grzechu pierworodnego (Rdz 3, 6), czyli nieposłuszeństwa człowieka względem Boga, obiecuje On ludziom, że ich wybawi (Rdz 3, 14-15). Obietnica ta dawała nadzieję na przyszłość. Dlatego pomimo udręk potopu czy czterdziestoletniej wędrówki po pustyni wielu trwało nadal przy Panu. Bóg bowiem jest blisko tych, którzy Mu służą i są wierni względem Niego. Pomimo tego, że lud wybrany przez Boga nie trwał w wierności względem Niego, On i tak składa w końcu obietnicę królowi Dawidowi, że oto wzbudzi po nim potomka i utwierdzi jego królestwo na wieki (por. 2Sm 7, 12-16).Wiele lat później prorok Izajasz powie: „Oto Panna pocznie i porodzi Syna i nazwie Go imieniem EMMANUEL” (Iz 7, 14).

Czy zauważyłeś coś ciekawego w tym wszystkim? Nie mam jednak na myśli samej obietnicy na temat wyzwolenia. Chcę raczej pójść nieco dalej.

Nie bez przyczyny na początku umieściłem fragment z Księgi Jeremiasza. Pozwól, że zacytuję go raz jeszcze: „Zanim ukształtowałem cię w łonie matki, znałem cię, nim przyszedłeś na świat, poświęciłem cię”. Do tego dołóżmy jeszcze cały psalm 139 (jeśli masz Pismo Święte, przeczytaj go), moment obietnicy wyzwolenia z Księgi Rodzaju (Rdz 3, 14-15) czy nawet obietnica dana Dawidowi i w końcu słowa proroka Izajasza. Wszystkie one zwracają uwagę na taki fakt: potomek, człowiek, narodzony z niewiasty, dla którego Bóg będzie Ojcem.

Nie będzie dla świata żadnego pocieszenia do momentu, aż spełnią się obietnice dane Dawidowi i słowa skierowane przez Izajasza do Achaza. Nie będzie zbawienia do momentu, gdy Dziecko Niewiasty nie zmiażdży głowy złu. Jakkolwiek mi i tak wciąż chodzi po głowie zupełnie inna myśl.

Jak ma przyjść obiecany Mesjasz? Ma się począć i narodzić. Ma być dzieckiem Niewiasty, Panny. Ma być człowiekiem. Bóg, który tak bardzo nas kocha, że nawet tka nas w łonie naszych matek, zna nasze imię nim się narodzimy, który zna nasze myśli, słowa, czyny długo przed tym, nim my je poznamy, który stwarza nas „tak cudownie” jak pisze o tym Psalmista w psalmie 139 – chce, aby posłany Mesjasz stał się jednym z nas. Bóg chce pochylić się nad Nim tak samo, jak pochyla się nad nami i utkać go w łonie Niewiasty, aby mogła go porodzić.

Jezus Chrystus „istniejąc w postaci Bożej, (…) ogołocił samego siebie przyjąwszy postać sługi, stając się podobny do ludzi” (Flp 2, 6n). Przez to swoje uniżenie doświadczył dokładnie tego samego, czego i my doświadczamy – troskliwości Boga, który powiedział do nas: „Nie bój się robaczku Jakubie, nieboraku Izraelu! Ja cię wspomagam” (Iz 41, 14).

Wszechmogący Bóg posłał swoje Słowo do nas a my Słowa nie poznaliśmy (por. J 1, 10). Nasz Pan po urodzeniu został położony w żłobie, owinięty w pieluszki przez swoją Matkę, bo zabrakło dla nich miejsca w gospodzie (por. Łk 2, 7). Pan sam dał znak – Panna porodziła Syna, utkanego przez Boga z wielką troskliwością i miłością przez Ducha Świętego w Jej łonie. Dziewicy tej było na imię Maryja i była ona zaręczona z Józefem z domu i rodu Dawida (por. Łk 1, 27), któremu Pan obiecał, że to z jego potomstwa wzbudzi on Tego, którego tron i panowanie utwierdzi na wieki.

Zatroszczył się Bóg o swojego Syna tak bardzo, że wybrał ludzi prawych i pokornych na Jego rodziców tutaj, na Ziemi. Dał Mu ich miłość, ciepło, dobroć. Zatroszczył się o swojego Syna dokładnie tak samo, jak zawsze troszczy się o nas, dając nam to, co jest nam koniecznie potrzebne do życia. Bo On nas zna. On nas kocha. Bo on nas utkał pod sercem naszych matek!

Od zapowiedzi danej Dawidowi do momentu narodzenia Jezusa minęło około 1000 lat. Było to mniej więcej trzy tysiące lat temu . Najciekawsze jest to, że Bóg nadal się o nas troszczy. Tak samo, jak zatroszczył się o ludzi przed narodzeniem Jezusa i o samego Jezusa.

Oto malutka kropelka wody w oceanie bogactwa Pisma Świętego.

Spróbuj i Ty otworzyć księgi Starego i Nowego Testamentu. Warto!

Miłość MUSI MIEĆ SMAK!

Nadzieja może ponownie zapłonąć tylko dzięki miłości, która pełna wiary trwa nieustannie. Nawet wobec burz, wichrów, huraganów – ona trwa, bo wierzy w ten świat, czasami podły i zły, ale przede wszystkim piękny. Miłość jest wyjątkowa pod tym względem, że nawet jeśli zaginie w nas wiara, zgaśnie nadzieja,  to będziemy cierpieć na głód miłości. Wciąż będziemy pragnąć miłości!

Wielu ludzi mówi, że nadzieja umiera ostatnia.

Tak, tylko jeden płomień prawie nigdy nie gaśnie. To płomień nadziei. Ale nadzieja niewytłumaczalnie podtrzymywana jest przez miłość, nawet taką, która jest już tylko aktem tęsknoty. Tęsknoty pełnej wiary…

Wiara bez miłości będzie pełna goryczy i niespełnionych ambicji. To miłość nadaje smak wierze, sprawia, że nie jest ona cierpka, ale smakuje wybornie! Kiedy wiara stapia się wraz z miłością w jedno w nadziei – wtedy smak wiary jest tak pełny, że aż nie do opisania.

Miłość jest solą nadającą charakteru  wierze i wciąż roznieca płomień nadziei, rozpala go na nowo w każdej chwili.

Czym byłby ten świat, jeśliby zabrakło w nim miłości?

Mówi się o przeznaczeniu, ale czym w ogóle jest przeznaczenie? Uważam, że można być przeznaczonym tylko do jednego – do miłości. Bo to ona właśnie rodzi w nas nadzieję, budzi do życia i ponagla wiarę.

Jak często tęsknisz za prawdziwą miłością? Jak często o niej myślisz?

Najgorszy grzech będzie ci wybaczony, jeśli tylko przyjmiesz prawdziwe oblicze miłości, pełnej poświęcenia, tęsknoty za byciem lepszym choćby dla drugiego człowieka. Miłości, która tak bardzo kocha, że aż gotowa jest poświęcić się do końca dla ciebie. Twoje serce musi być wypełnione miłością, bo inaczej umrze za życia. Stanie się kamienne, zimne, nieczułe i głuche na prośby, łzy, uśmiechy czy gesty.

Miłość musi się dawać i nigdy nie może chcieć brać. Bo jeśli zapragnie brać, przerodzi się w pożądanie. Miłość musi być otwarta, bo zamknięta zgnije i stanie się samolubna.

Miłość musi brać w objęcia i wciąż się ofiarowywać. Musi być latarnią na ciemnej drodze, szeptem w chwili samotności, pokrzepiającym gestem w beznadziei i ręką ocierającą łzy z twarzy tego, komu serce pękło z tęsknoty. Miłość musi trwać w nas, bo człowiek bez miłości staje się jedynie kukłą, na której każdy domaluje cokolwiek zechce i człowiek ten stanie się tym, kim inni chcą, by był.

Miłość ma nadawać smak także nam. Jest ona solą, która, jeśli będzie zwietrzała, stanie się obrzydliwością dla innych. Zostaniemy wtedy wypluci. Po prosu wyrzuceni jak śmieci, odrzuceni, jak każdy, kto zamiast kochać miłością dającą, kocha samego siebie miłością samolubną.

To miłość w nas sprawi, że w innych zapali się być może płomień nadziei. To miłość w nas obudzi wiarę w kimś innym. Jeśli nasza miłość będzie nadawała smak wierze i wspólnie będą rozniecać płomień nadziei w nas – staniemy się szepczącą latarnią na ciemnej drodze, do której jakiś przechodzień przytuli się, bo będzie emanowała ciepłem, spokojem i dobrem i wskaże drogę temu, kto być może zagubił się na złych drogach życia.

Tylko trzeba przyjąć miłość do swojego serca i uwierzyć w to, że nadzieja naprawdę może płonąć.

Beznadziejne zwątpienie…

Już chyba wszyscy wiemy, jak bardzo zła i zdemoralizowana jest młodzież. Sami najgorsi, beznadziejni, niemający własnego zdania, pijacy, ćpuni, onaniści i sodomici. Nie ma nawet jednego dobrego słowa, które można by było o nich powiedzieć. Naprawdę? BZDURA!

Mam dość, naprawdę serdecznie dość, słuchania nieustannie o beznadziejnej młodzieży. Irytuje mnie, kiedy mijam dwie starsze kobiety i słyszę: „no, ta młodzież to straszna jest! Pijacy, ćpuni, SODOMICI! Powinno się wszystkich leczyć! Albo w więzieniach pozamykać! A najlepiej to wytępić!”.

Co najbardziej zbulwersowało mnie w tej wypowiedzi? To, że pani wypowiadająca te słowa codziennie przychodzi o kościoła, widzi młodych lektorów, ministrantów, młodzież, która może i czasem się chowa za filarem – ale jest. Widzi ich. Albo szczerze próbuje udawać, że nie widzi.

W Legnicy,w której mam niewypowiedziany zaszczyt mieszkać, powstała pewna inicjatywa. „Młodzież Tworzy Musical”. Zebrała się grupa młodzieży w wieku od 15. do 26. roku życia i postanowili zrobić musical. I ja miałem zaszczyt w tej grupie się znajdować, bowiem jestem autorem libretta. Ale nie to jest najważniejsze!

Prawie NIKT, kogo ta młodzież poprosiła o pomoc, nie pomógł. Prawie, bo na szczęście są jeszcze takie miejsca jak LSIO (Legnickie Stowarzyszenie Inicjatyw Obywatelskich) i LCK (Legnickie Centrum Kultury). Niemniej, ani prezydent, ani ktokolwiek inny nie pomyślał: oni robią coś DOBREGO!

Wszystko z założenia było odrzucane, bo robi to… Młodzież – ćpuni, alkoholicy, generalnie sami najgorsi. Beznadziejni, bez przyszłości, tylko piwsko im w głowie – to po co im pomagać?!

Kiedy w końcu przyszedł dzień premiery i za przyzwoleniem oraz nieopisaną pomocą dyrektora Legnickiego Teatru, pana Jacka Głomba, młodzież ta mogła wystawić musical na teatralnej, dużej scenie (bardziej zaszczytnego miejsca w Legnicy nie ma!) miałem ochotę wykrzyczeć wszystkim: TO JEST PRAWDZIWA MŁODZIEŻ! Ale nie mogłem, bo brawa trwały prawie pół godziny! Brawa na koniec!

I rozpierała mnie duma, bo za mną stała osiemdziesięcioosobowa grupa młodych ludzi, którzy przyszli na słowo Asi Brylowskiej, inicjatorki i koordynatorki całego projektu. 80 osób! MŁODYCH! Śpiewających, grających na scenie, na instrumentach, dyrygent, tancerze, statyści i wielu, wielu innych. Otrzymali najlepszą zapłatę, lepszą od najszczerszego złota (bo ostatecznie nikt im nie zwrócił nawet za bilety na dojazd do Legnicy ani za poświęcony w pełni czas, bo rezygnowali z wolnych dni, weekendów, NAWET Z WAKACJI, bo każdy wolny dzień był dla nich dniem dla musicalu). Zapłata ta, to słowa dyrektora Teatru w Legnicy: „Mamy cudowną młodzież. Przestańmy narzekać!”.

Właśnie! Przestańmy narzekać!

Chciałbym wykrzyczeć wszystkim młodym ludziom: „PRZESTAŃCIE SŁUCHAĆ TYCH, KTÓRZY WAS KRYTYKUJĄ!”. Ja w ogóle nie dziwię się, że młodzież sięga po alkohol, narkotyki, popada w grzechy pornografii i inne.

BO JAK MAJĄ SIĘ PRZED TYM OBRONIĆ?! NO JAK?! Skoro matka, ojciec, babcia, dziadek, kolega, pani w sklepie, nauczyciel, ksiądz, siostra zakonna i sam Bóg wie, kto jeszcze, wciąż wmawiają im: jesteście beznadziejni! Nie macie przyszłości! Jesteście niczym!

JAK TAK MOŻNA!

W czasach wielkiego kryzysu tożsamościowego i osobowościowego, kiedy wciąż pędzimy przed siebie nie zwracając w ogóle uwagi na to, co dzieje się obok nas i kiedy liczy się bardziej moje „mieć” niż kogoś „być”, zranić drugiego człowieka jest bardzo łatwo. Tym bardziej, kiedy młody człowiek nie ma osoby, która by pomogła mu wejść w „dorosły świat”. Bo wszyscy dorośli już dawno pobiegli nie wiadomo dokąd i pogubili się w swoich życiach, więc autorytety z nich żadne.

Młodzi ludzie mają dużo strachu w sobie. Chcą być kochani, chcą czuć się potrzebni. Chcą nieść pomoc. Znam wielu, których na pierwszy rzut oka można by było zamknąć w kiciu za narkotyki, pobicia i zapewne za gwałt na niewinnej kobiecie także. Z tym tylko, że to tylko pierwsze wrażenie. Wrażenie na oko. A więc widzenie drzazgi u kogoś, pomijając własną belkę w oku. Ostatecznie ci, których „na oko” skazaliśmy, są lektorami, klerykami, księżmi, wspaniałymi ojcami, kochającymi małżonkami i ludźmi pokory, wiary. Kochającymi Boga.

Życzenie pani z początku wpisu, aby „wytępić” tych, którzy nie pasują do jej „wizji świata” (ja osobiście nie chciałbym mieszkać w jej świecie, bo to świat pełen agresji i totalnie pozbawiony miłości) spowodowałaby, że stracilibyśmy wspaniałych ludzi.

Ich pasje, ich zapał, chęci, świeżość, pomysłowość, talenty, zaangażowanie, wiara, brak zepsucia przez „beznadziejne zwątpienie wobec życia” – to coś pięknego.

Młodzi ludzie potrafią kochać, potrafią być wdzięczni za każdą poświęconą im, choćby krótką, chwilę. Tylko najpierw trzeba im tę chwilę poświęcić.

Ten, kto narzeka na młodzież – nie zna jej. Nawet nie próbuje jej poznać. Powiela jakieś bzdurne argumenty, które nie mają racji bytu i powtarza utarte powiedzonka. W ten sposób rani ich. Niszczy ich marzenia.

Ten, kto kocha młodzież – nie mówi zbyt dużo. Jest po prostu przy nich, wspiera ich i stara się im pomóc. Jest wyrozumiały i cierpliwy.

Mateusz, celnik i Ewangelista, poszedł za Jezusem, gdy tylko zobaczył Jego oczy. Oczy pełne miłości. Mateusz codziennie widział oczy pełne pogardy, niechęci, obrzydzenia – bo był celnikiem, bo współpracował z zaborcą! Był zdrajcą Narodu Wybranego! A Jezus spojrzał na niego nie jak na wszystkich innych, ale jak na najpiękniejszą osobę świata. Nic nie mówił. Spojrzał po prostu z miłością.

Mateusz wstał i poszedł za Nim.

Nie dlatego, bo Jezus go zbeształ, zwyzywał, wylał na niego gar pomyj.

Mateusz wstał i poszedł za Jezusem, bo zobaczył oczy pełne miłości, wyrozumiałości i cierpliwości. Bo pokochał te oczy.