Archiwum kategorii: Biblijnie

7. Ciekawy Towarzysz – Mk 2, 13-17

Marek niesamowicie opisuje powołanie Lewiego. Można nawet je przeoczyć, albo uznać za nieistotne. Dwa wersety! Ale w tych dwóch wersetach jest wszystko, co ważne.

Celnik to ktoś, kto przez Żydów uważany był za zdrajcę, bo ściągał podatki od Żydów dla okupanta – Rzymu. Przy okazji tych różnych zajęć związanych z poborem podatków, celnicy czasami prowadzili hulaszcze życie, podatki ściągali stosując przemoc, byli bezwzględni, chciwi i nieludzcy.

Jezus mógł wybrać kogoś, kto przychodził do Niego i chciał Go słuchać. A On wybiera Lewiego, czyli kogoś, kto do Jezusa nie przyszedł! To Jezus przechodząc obok Matusza, powołuje go.

„Akoluthei moi” – Towarzysz mi.

Jezus proponuje Lewiemu coś, co dla celnika – od którego wszyscy stronili, od którego uciekali, na którego patrzyli z wyższością i nienawiścią, czy nawet obrzydzeniem – było wręcz nowością! Rzeczą niepojętą! Celnik mógł komuś towarzyszyć. A towarzyszyć, to stać się partnerem. Samotność Matusza mogła się zakończyć! Najbardziej podoba mi się to, że Lewi „wstał i poszedł za Nim”, czy też: „wstał i towarzyszył Mu”.

Jak pięknie jest być towarzyszem takiej osoby jak Jezus. Czy jednak Jezus może powiedzieć to samo o Mateuszu?

Wydaje się, że Jezus jest zadowolony z takiego towarzystwa, bo gdy tylko padło oskarżenie od faryzeuszów i uczonych w Piśmie, Jezus odpowiada: „Nie przyszedłem aby powołać sprawiedliwych, ale grzeszników”.

Kiedy ktoś uważa siebie za sprawiedliwego, prędzej czy później staje się samowystarczalnym i nie potrzebuje Boga. Tylko ktoś, kto jest świadomy swojej małości, grzeszności i niewystarczalności, potrafi zrobić miejsce dla Boga i pozwolić Bogu prowadzić się przez życie.

Moja mądrość nie jest ważna. Ani to, jak mnie postrzegają ci, którzy uważają się za bardziej sprawiedliwych ode mnie. Ważne jest, abym umiał w tej mojej słabości, grzeszności, beznadziei, może w byciu niezrozumianym, czy nawet nielubianych przez co niektórych, usłyszeć tę propozycję Jezusa: „Akoluthei moi”.

Jeżeli zawierzę Jego słowu i pójdę za Nim, to On sam będzie mnie bronił i prowadził.

I nawet jeśli pokażę Mu całe moje życie, wszystkich moich „kumpli” na uczcie wybaczenia (tak widzę ucztę w domu Lewiego, który Jezusowi pokazuje wszystkich swoich „kumpli”, którzy wcale nie byli święci, a Jezus zasiada między nimi i trochę jakby zapomina o ich grzechach), to Jezus nie ucieknie! W obliczu moich „kumpli”, dokładnie w środku mojego świata, starego życia, Jezus nie wyprze się mnie. On mnie chce właśnie takiego! Bo tylko On ma moc mnie odmienić. Tylko On!

     Jezu.

            Chcę dziś podziękować za to, że nieustannie chcesz mi towarzyszyć. Nie przerażasz się tym, jakie było moje życie do momentu spotkania Ciebie, ale proponujesz m zmianę mojego życia. Na życie o wiele lepsze, bo życie w Twoim towarzystwie. Proszę, abyś prowadził mnie mimo moich słabości. Bo Ty możesz moje życie uczynić o wiele lepszym. Bo Ty żyjesz i królujesz z Bogiem Ojcem w jedności Ducha Świętego. Trójjedyny Bóg na wieki wieków. Amen!

6. Podnoszący przyjaciele – Mk 2, 1-12

            Jezus wrócił do Kafarnaum, ale dopiero po pewnym czasie posłyszano, że jest w domu. Może po prostu chciał odpocząć? A może Jezus jest wolny od spektakularnych akcji, powrotów? Z resztą – czy nie jest tak, że nie zauważam Jezusa, który jest w moim życiu i dopiero wtedy sobie o Nim przypominam, gdy jest mi potrzebny? Potrzebny do osiągnięcia pewnych korzyści? Przykro mi to stwierdzić, ale ja mam tak często.

Przed domem, gdzie przebywa Jezus, zbierają się ludzie. Zebrało się ich naprawdę wielu. Jednak nadal są to ludzie.

Kai érchontai férontes pros autón paralytikón airómenon hypó tessáron – i przychodzą niosący do Niego paralityka podnoszonego przez czterech. Poruszyło mnie to zdanie. My mamy: „którego niosło czterech”. Tłumaczenie interlinearne mowi: „podnoszonego przez czterech”.

Tego paralityka podnosiło czterech. Podnosiło i nie mogło podnieść! Grzech go sparaliżował, ale to dopiero odsłoni Jezus, do którego postanowili przyprowadzić tego paralityka.

Jednak spotykają przeszkodę.  „Wielu ludzi” zamieniło się w „tłum”.  A tłum to nic dobrego!

Tłum przeszkadza w tym, żeby przyjść do Jezusa. Bo tłum jest zbudowany z wielu indywidualności, które chcą wyrwać coś dla siebie. A jeśli jeden nie dostanie, to i innemu nie da! To jest okropna i ślepa logika tłumu. Innym nie dać, a nawet wyrwać (walka o karpia w Lidlu… to jest właśnie zachowanie tłumu), bo albo wszyscy, albo nikt. Taki jest tłum. Tłum to nic dobrego! Tłum nie zauważa ludzi! Szczególnie tych prawdziwie potrzebujących. Tłum ślepo pędzi, choć nie do końca sam wie po co.

Ale przyjaciele znajdują sposób i Jezus uzdrawia paralityka ze względu na „ich wiare”. I choć oni go podnosili i nie mogli podnieść, Jezus mówi do paralityka (po całym sporze o odpuszczanie grzechów): „Mówię ci – WSTAŃ! „.

Kiedy Jezus odpuszcza nam grzech, robi to w pełni. I zapomina o nim! Usposobia nas do tego, byśmy wstali! Choćby wszyscy przyjaciele chcieli nas podnieść z paraliżu grzechu, to się nie uda do momentu, gdy Jezus nam odpuści grzechy – wtedy wstaniemy. Sami! Ale dobrze mieć takich przyjaciół, którzy próbują. Bo w końcu to ich wiara mnie uzdrawia. Ja i tak nic nie mogę nieraz zrobić – leżę tylko sparaliżowany. Jak dobrze mieć PRAWDZIWYCH przyjaciół, którzy nie boją się podnosić.

Jezu.   

Dziękuję Ci za moich przyjaciół, których tak często nie doceniam. Dziękuję Ci za to, że są i próbują nieraz podnosić mnie z paraliżu mojego życia, smutku, trosk. Naucz mnie być takim przyjacielem. Naucz mnie kłaść przed Tobą tych, którzy potrzebują twojej pomocy. I proszę Cię – nie pozwól mi wejść w ślepotę tłumu i stać się jego częścią. Amen .

5. Dać wolną rękę Jezusowi – Mk 1, 35-45

Czy czuję potrzebę modlitwy? Jak często się modlę? Jezus wstał nad ranem, kiedy jeszcze trwała noc i udał się na miejsce pustynne, czyli tam, gdzie cisza pozwalała usłyszeć głos Ojca. Jak jest z ciszą w moim życiu? U mnie kiepsko. A modlitwa zbyt często sprowadza się do obowiązkowych punktów dnia. Ale czy ja chce prawdziwie przylgnąć do Pana? Czy chce dać Mu coś bezinteresownie od siebie?

Kiedy ja pogrążam się w dobrym samopoczuciu i jest mi dobrze tu, gdzie jestem, a Pan mnie zaczyna wyprzedzać, iść dalej, często jak Piotr mam do Niego pewną pretensje: „Wszyscy Cię szukaja”. Gdzie? W Kafarnaum. Tam miał być Jezus. Mamy w tłumaczeniu napisane, ze Szymon „pospieszyć za Nim” z towarzyszami. Greckie „katedoksien” oznacza „ścigać Go”. Piotr zaczął ścigać Jezusa, bo Jezus wyłamuje się z jego schematów. Z moich schematów. Wyprzedza mnie, a ja nie chcę Go dogonić, tylko ścigam Go i chce sprowadzić do mojego „ja Ciebie widzę tu i takiego”. Do mojego „widzi-mi-się”.

Jezus proponuje: „Pójdźmy gdzie indziej”. Poszli? Wszyscy? Chyba nie… On chodził po całej Galilei. On. Nie oni. Do Niego przychodzi trędowaty. Tam nie ma uczniów. Ile razy ja czuję się opuszczony przez Jezusa i gniewam się na Niego, bo daje innym to, czego ja chce, a nie dostaje? Hm… ciekawe.

Z trędowatym sprawa jest bardzo interesująca. Według Prawa mojżeszowego trędowaty nie mógł zbliżać się do ludzi i musiał żyć pustkowiu (przeczytajcie Kpł 13, 45-46).

A ten trędowaty odważył się podejść do Jezusa i prosić o oczyszczenie. W tej prośbie jest pewien klucz do zrozumienia modlitwy prośby. Trędowaty mowi: „Jeśli chcesz, możesz mnie oczyscic”. Jezus mówi: „Chcę”.

To jest zasadnicza różnica między Piotrem, a trędowatym – Piotr mówi: „Wszyscy Cię szukaja”. Wszyscy. „Oni chcą, żebyś był w Kafarnaum”. Chcą nieco skrępować wolność Jezusa. Trędowaty natomiast mowi: „Jeśli chcesz, możesz. ..”. Dał Jezusowi pełną swobodę działania. I Jezus go uzdrawia.

I następuje jeszcze jedna niesamowita scena – ZAMIANA RÓL.

Jezus zostaje na pustkowiu i nie może jawnie wejść do miasta – a więc Jezus stawia siebie w sytuacji trędowatego! Dokładnie tak wygląda życie trędowatego! Pustynia.

Samotność i zakaz (niemożność) wejścia do miasta.

A trędowaty? Jezus nakazuje mu wejść do miasta. On wchodzi i wiele opowiada i rozgłasza. O kim? O Jezusie. Głosi Ewangelię. Czyni to, co Jezus! Patrzcie na fragment: „Pójdźmy… do sąsiednich miejscowości, abym i tam mógł nauczac”. Teraz czyni to człowiek uzdrowiony z trądu. I jaki jest skutek?

Ludzie zewsząd schodzą się do Jezusa. Przepowiadanie Jezusa i mówienie o doświadczeniu Jego miłości sprawia, że ludzie przychodzą do Niego! I to jest nasz cel!

Jezu.

Tak często chcę mieć Ciebie tylko dla siebie i nie pozwalam Ci równocześnie na to, byś czynił to, co chcesz. I tyle razy nie chce iść za Tobą. Proszę, pozwól mi być Tobie wiernym. Jeśli tego chcesz, możesz to we mnie uczynić. Pozostawiam Ci pełną swobodę decydowania o mnie i moim życiu i proszę – zajmij miejsce mojego trądu i uwolnić mnie od niego Twoim dotykiem pełnym troski i litości. Amen.

4. Rozgorączkowanie – Mk 1, 29-34

  Żeby móc zrozumieć gest Jezusa, jakim było ujęcie ręki teściowej Szymona, trzeba najpierw uświadomić sobie, że Żydzi uważali chorobę za karę, którą zsyła Bóg. Kara ta była związana z popelnionym przez człowieka grzechem. Jeżeli ktoś zaczął chorować, to znaczyło (w myśleniu Żydów), że popełnił grzech. Takiej osoby nie wolno było dotknąć, bo zaciągało się nieczystość, to znaczy – miało się udział w jej grzechu i nie wolno było brać udziału w kulcie świątynnym. Było się wyłączonym ze społeczności do czasu oczyszczenia. Dotyczyło to także tych, którzy chorymi się opiekowali. Ludzi chorych nie wolno było dotykać. A Jezus jej dotyka. 


Teściowa Szymona katēkeito purēssusa – leżała gorączkując. Znowu tekst grecki mówi o czymś w dwojakim znaczeniu. I każde znaczenie jest tak samo ważne. 


Jezus ma władzę nad zwierzętami, aniołami, demonami, a nawet nad chorobami. Uzdrawia teściową Szymona, a później „wielu dotkniętych rozmaitymi chorobami…”. Jednak słowo „purēssusa” mówi o gorączkowaniu. I my czytamy to słowo w kluczu bycia w gorączce. Ktoś ma gorączkę, ktoś jest w gorączce, bo przykładowo zachorował na grypę. Wtedy mamy gorączkę. 


Jednak „gorączkować” może mieć jeszcze jedno znaczenie – być „rozgorączkowanym” (niecierpliwym, w gorącej wodzie kąpanym). W tym kluczu odczytuje tę historię o.Adam Szustak twierdząc, że teściowa Piotra wpadła w histerię – Piotr opuszcza dom, rzuca pracę, a na głowie teściowej zostawia córkę Petronellę (według podań pozabiblijnych tak miała na imię), a sam idzie za jakimś szamanem, uzdrowicielem… 


Ile razy ja sam jestem rozgorączkowany, niecierpliwy. Niezdolny do tego, by nieść pomoc, bo chcę „już”, „natychmiast”. Ile razy mam postawę roszczeniową, „bo mi się należy”. Ile razy nikt nie może do mnie podejść, bo zachowuję się jak wygłodniała hiena, gotowa zagryźć każdego, kto zbliża się choć na krok? 


A ile razy spotykam takich ludzi? 


I z jednej strony muszę pozwolić podnieś się Jezusowi. Z drugiej – muszę rozgorączkowanym ludziom pomagać powstać, spotkać Jezusa w mojej delikatności i łagodności (ująć ich za rękę…) , ale także stanowczości – podnosić ich. To jest konkretny czyn – podnieść kogoś z jego upadku, traumy, rozhisteryzowania. 


Kiedy Jezus podniósł teściową Szymona Piotra, ona stanęła na nogach kai diekonei autois – i służyła im. Stała się „diakonem”. Stała się sługą. Spotkanie Jezusa i pozwolenie na to, by podniósł mnie z mojej choroby sprawia, że zaczynam być człowiekiem, który innym będzie diekonei – będzie służył. 


Jezus chwilę później służy. Uzdrawia chorych. Służba uzdrawiania, której oddaje się Jezus, rodzi służbę w teściowej Piotra. I tak zawsze jest. Tak musi być. Musimy uwierzyć w to, że nasza służba wobec tych rozgorączkowanych usposobia ich do tego samego. Do służby. Służba rodzi służbę. Nie inaczej.

Jezu. 
Moja niecierpliwość, moje rozgorączkowanie, sprawia, że staję się chory także na ciele i przestaję być zdolny do służby moim bliźnim. Panie, proszę Cię o to, byś podniósł mnie z moich dolegliwości i wlał w moje serce ducha służby. Pomagaj mi służyć z cierpliwością innym. I pomóż mi nie potępiać ludzi rozhisteryzowanych, ale nieść im Ciebie oraz wolność którą Ty dajesz. 
Bądź uwielbiony, Jezu, na wieki. Amen.

3. Warczenie Lwa – Mk 1, 16-28

 Lew Judy. Skąd to określenie? Dlaczego akurat jest stosowane do Jezusa w Ewangelii Marka? Próbując odpowiedzieć na to pytanie, sięgnę do książki R.A. Burridge’a, który pisze, że Ewangelia wg św. Marka dlatego otrzymała symbol lwa, gdyż lew ryczy na pustkowiu (Ps 104, 21; Am 3,4), a swoją Ewangelię autor zaczyna od „głosu wołającego na pustyni” (Mk 1, 3).

Jan był głosem lwa. Jednak to Jezus jest Lwem! Lwem, który króluje nad światem zwierząt i aniołów (Mk 1, 13). Jezus jest lwem, który przybywa, aby zacząć królować także nad człowiekiem.

Dlatego właśnie św. Marek Ewangelista jako symbol otrzymał lwa (Mateusz – człowiek, Łukasz – wół, Jan – orzeł). Cztery Ewangelie mówią o Jezusie który jest jeden, ale każda Ewangelia akcentuje coś innego w Jezusie. Dla Marka Jezus jest Lwem. Lwem, który nie zatrzyma się w swoim biegu. Jezus jest Lwem zwycięskim.

Powołanie pierwszych uczniów rozgrywa się w ziemi galilejskiej. Jezus nie wybiera pierwszych uczniów z elit, z wysokich warstw społecznych, ale przychodzi do rybaków. I do tego w Galilei! I powołuje Piotra i Andrzeja, a następnie Jakuba i Jana. Polski przekład akcentuje fakt, że oni „poszli za Nim”. Jednak jest to uproszczenie. W przypadku Piotra i Andrzeja Marek używa słowa „ekoluthesan”, a oznacza ono, że: „zaczęli Mu towarzyszyć”.  Natomiast w przypadku Jakuba i Jana padają słowa: „apelthon opiso autu” – „odeszli za Nim”.

Jest to o tyle ważne, że wybranie Jezusa związane jest z dwiema sprawami: towarzyszeniem Mu oraz odejściem od dotychczasowego życia i pójście za Nim w sensie dosłownym. Pójść za Jezusem to odejść, stracić (Jakub i Jan zostawiają swojego ojca w łodzi!) i pójść za Jezusem, aby Mu towarzyszyć. Czyli Jezus będzie dla mnie towarzyszem, jeśli ja będę chciał być Jego towarzyszem. Nie można inaczej.

Pójście za Jezusem jest stanięciem na drodze za Nim i z zaufaniem wobec Niego. A jeśli zaufam, On mnie obroni. I to nie byle jak!

Lew przyspiesza powoli kroku…

I nie jest to słodkie lwiątko, wygłaskany i cukierkowy baranek! Do ducha nieczystego Jezus mówi: „FIMOTHETI!”, a co to oznacza? „WŁÓŻ SOBIE KAGANIEC!”. Jezus nie dyskutuje ze złem! Jezus nie prosi zła o milczenie! Jezus mówi: „WŁÓŻ SOBIE KAGANIEC!” – oto, jak warczy Lew Judy.

On ma WŁADZĘ. Słowo EDZUSIAN pada dwukrotnie, w wersetach 22 i 27. W 27 ludzie mówią nie tyle o mocy (choć bezdyskusyjnie Jezus ma moc!), co o władzy. Marek ukazuje nam powoli, że Jezus jest panem świata zwierząt, aniołów, ale także ma władzę nad demonami.

Nic dziwnego że duch nieczysty opuszcza człowieka. Jezus nie chce, żeby demony mówiły o Nim. Dlaczego? Powodów może być kilka. Ale myślę, że najważniejsze jest to, że Jezus pragnie, aby ludzie sami dojrzeli do tego by uznać w Nim kogoś więcej, niż tylko szamana czy uzdrowiciela, których na ziemi pogan musiało być wielu. On jest królewskim Lwem Judy. I ludzie muszą to odkryć sami. Jezus objawi swoją królewskość. I myślę, że jak zawsze – będziemy mocno zaskoczeni.

Ojcze. Dziś chcę prosić Ciebie, aby Twój Syn uciszył demony mego życia, które mnie oskarżają, ograniczają i zniewalają. Wierze w to, że Twój Syn może to uczynić, bo ma nad nimi władzę. Proszę Ciebie także o to, by Duch Święty napełnił mnie zaufaniem wobec Twojego Syna, abym mógł odejść od mojego dotychczasowego życia, pójść za Nim i Jemu towarzyszyć. Pozwól mi i pomóż mi, Ojcze, zrobić ten decydujący krok odpowiedzi na wezwanie Twojego Syna, który z Toba żyje i króluje na wieki wieków. Amen.