4. Rozgorączkowanie – Mk 1, 29-34

  Żeby móc zrozumieć gest Jezusa, jakim było ujęcie ręki teściowej Szymona, trzeba najpierw uświadomić sobie, że Żydzi uważali chorobę za karę, którą zsyła Bóg. Kara ta była związana z popelnionym przez człowieka grzechem. Jeżeli ktoś zaczął chorować, to znaczyło (w myśleniu Żydów), że popełnił grzech. Takiej osoby nie wolno było dotknąć, bo zaciągało się nieczystość, to znaczy – miało się udział w jej grzechu i nie wolno było brać udziału w kulcie świątynnym. Było się wyłączonym ze społeczności do czasu oczyszczenia. Dotyczyło to także tych, którzy chorymi się opiekowali. Ludzi chorych nie wolno było dotykać. A Jezus jej dotyka. 


Teściowa Szymona katēkeito purēssusa – leżała gorączkując. Znowu tekst grecki mówi o czymś w dwojakim znaczeniu. I każde znaczenie jest tak samo ważne. 


Jezus ma władzę nad zwierzętami, aniołami, demonami, a nawet nad chorobami. Uzdrawia teściową Szymona, a później „wielu dotkniętych rozmaitymi chorobami…”. Jednak słowo „purēssusa” mówi o gorączkowaniu. I my czytamy to słowo w kluczu bycia w gorączce. Ktoś ma gorączkę, ktoś jest w gorączce, bo przykładowo zachorował na grypę. Wtedy mamy gorączkę. 


Jednak „gorączkować” może mieć jeszcze jedno znaczenie – być „rozgorączkowanym” (niecierpliwym, w gorącej wodzie kąpanym). W tym kluczu odczytuje tę historię o.Adam Szustak twierdząc, że teściowa Piotra wpadła w histerię – Piotr opuszcza dom, rzuca pracę, a na głowie teściowej zostawia córkę Petronellę (według podań pozabiblijnych tak miała na imię), a sam idzie za jakimś szamanem, uzdrowicielem… 


Ile razy ja sam jestem rozgorączkowany, niecierpliwy. Niezdolny do tego, by nieść pomoc, bo chcę „już”, „natychmiast”. Ile razy mam postawę roszczeniową, „bo mi się należy”. Ile razy nikt nie może do mnie podejść, bo zachowuję się jak wygłodniała hiena, gotowa zagryźć każdego, kto zbliża się choć na krok? 


A ile razy spotykam takich ludzi? 


I z jednej strony muszę pozwolić podnieś się Jezusowi. Z drugiej – muszę rozgorączkowanym ludziom pomagać powstać, spotkać Jezusa w mojej delikatności i łagodności (ująć ich za rękę…) , ale także stanowczości – podnosić ich. To jest konkretny czyn – podnieść kogoś z jego upadku, traumy, rozhisteryzowania. 


Kiedy Jezus podniósł teściową Szymona Piotra, ona stanęła na nogach kai diekonei autois – i służyła im. Stała się „diakonem”. Stała się sługą. Spotkanie Jezusa i pozwolenie na to, by podniósł mnie z mojej choroby sprawia, że zaczynam być człowiekiem, który innym będzie diekonei – będzie służył. 


Jezus chwilę później służy. Uzdrawia chorych. Służba uzdrawiania, której oddaje się Jezus, rodzi służbę w teściowej Piotra. I tak zawsze jest. Tak musi być. Musimy uwierzyć w to, że nasza służba wobec tych rozgorączkowanych usposobia ich do tego samego. Do służby. Służba rodzi służbę. Nie inaczej.

Jezu. 
Moja niecierpliwość, moje rozgorączkowanie, sprawia, że staję się chory także na ciele i przestaję być zdolny do służby moim bliźnim. Panie, proszę Cię o to, byś podniósł mnie z moich dolegliwości i wlał w moje serce ducha służby. Pomagaj mi służyć z cierpliwością innym. I pomóż mi nie potępiać ludzi rozhisteryzowanych, ale nieść im Ciebie oraz wolność którą Ty dajesz. 
Bądź uwielbiony, Jezu, na wieki. Amen.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *