45. Jak umiera Król, Syn Ojca? Mk 15, 20b-47

Żeby nieść krzyż Jezusa, trzeba było być przymuszonym. Nikt nie chciał pomagać
z własnej woli. Możemy zarzekać się niczym Piotr i inni, ale… ostatecznie też uciekniemy. Muszę skonfrontować się z tą prawdą o sobie – ucieknę przed krzyżem Jezusa! Jego krzyż zawsze będzie mnie przerastał i zawsze będę przed nim uciekał. Dlatego Jezus mówił, żeby ci, którzy chcą iść za Nim, brali swój krzyż, nie Jego. Mam naśladować Jezusa dźwigając swój krzyż.

Jezusa przyprowadzono na Miejsce Czaszki (Golgotę). Sama góra miała złowrogi wygląd czaszki. Ale ważniejsze jest chyba to, że uważano to miejsce za grobowiec pierwszego człowieka – Adama. Krew Baranka musiała skropić kości Adama, by je oczyścić, by je odkupić.

Jezus nie przyjmuje wina zaprawionego mirrą. Baranek paschalny podczas składania go w ofierze (przecinano jego szyję, aby się wykrwawił), nie mógł być ogłuszony w żaden sposób! Musiał być w pełni świadomy – inaczej byłby nieczysty (niekoszerny). Jezus nie pozwala się odurzyć, bo On jest prawdziwym Barankiem Paschalnym, czystym i wolnym w tym akcie oddania siebie.

Zaliczono Go w poczet złoczyńców. Co było Jego winą? To, że BYŁ KRÓLEM. Piłat nie pisze nic innego! Marek jest do końca wierny przesłaniu: Jezus jest królem! Nawet na krzyżu. To pokazuje, że Piłat w jakimś sensie uwierzył Jezusowi…

Króla zaliczył Jego własny naród w poczet złoczyńców…

Wszyscy Go lżą, wyśmiewają, drwią z Niego. Wszyscy!

A do kogo Jezus się zwraca?

„Ho Theos mu, ho Theos mu, eis ti egchatelipes me?” – Boże mój, Boże mój, dlaczego pozostawiłeś mnie?

W tym okropnym wrzasku nienawiści Jezus trwa w jedności z Ojcem. Tylko do Ojca się zwraca.

My, ludzie, mamy tendencję oczekiwać spektakularnych akcji, cudów, zdarzeń. Żądamy ich i ich oczekujemy.

A Jezus?

Jezus apeis ponen megalen eksepneusen – Jezus wydawszy głos wielki oddał ducha. Wyzionął ducha. Ostatnie tchnienie życia z Niego uszło. Stał się w jakimś sensie pusty.
W Nim nic nie pozostało, niczego nie zostawił „dla siebie”.

Bardzo dosłowne tłumacząc – oddał ducha. Komu? Ojcu. A więc Ojciec był blisko. Wcześniejsze pytanie w tym miejscu odnajduje odpowiedź. Ojciec był przy Nim, więc Jezus mógł oddać Mu swoje życie, złożyć je w Jego rękach. Niczym Mojżesz (Pwt 34), który „umarł przez usta Pana”, składając Bogu pocałunek i swego ducha oddając w usta Boga.

Mojżesz wyszedł na górę Nebo i tam umarł „według postanowienia Pana”, lub też, jak inni tłumaczą: „zgodnie ze słowem Pana/zgodnie z tym, co usta Pana wyrzekły”. Tłumaczenia są różne i zasadniczo oddają one sens tłumaczenia z Septuaginty.

Jak więc widzimy tę scenę? Mojżesz nie sprawdził się, kiedy był kuszony wraz
z całym narodem nad Meriba i zamiast raz, uderzył dwa razy laską w skałę, a wtedy Bóg powiedział: „Nie dość broniłeś mojej chwały, więc nie wejdziesz do Ziemi Obiecanej”.
I następnie wyprowadził Mojżesza na górę Nebo, pokazał Ziemię Obiecaną, pogroził palcem
i powiedział: „Ty tam nie wejdziesz”. Dosłownie beznadziejny obraz Boga…

Ale tak nie jest!!

Oryginalny tekst hebrajski mówi: „Mojżesz umarł przez usta Pana”. Komentarze żydowskie dość jednoznacznie mówią, że MOJŻESZ UMARŁ PODCZAS POCAŁUNKU Z BOGIEM. Nie można ani piękniej, ani delikatniej umrzeć, niż wydając ostatnie tchnienie
w usta Boga. Oryginalny tekst nie ukazuje Bożej groźby i kary. Mówi o największej możliwej intymności człowieka z Bogiem. Przypomnijcie sobie słowa z Pieśni nad pieśniami: „Niech mnie ucałuje pocałunkami swych ust” (Pnp 1,2). Kto całuje pocałunkiem? TYLKO BÓG!
To jest „największy pocałunek nad innymi pocałunkami” w dosłownym rozumieniu tego tekstu.

Septuaginta i nasze przekłady idące za nią piszą dalej: „pochowano go i nikt nie wie, gdzie”. Ale tak nie jest! Znowu. Tekst hebrajski mówi wprost, że Bóg pochował Mojżesza. Dlatego „nikt nie wie, gdzie” to jest. I dlatego też tradycja rabinistyczna mówi, że Mojżesz został wzięty do Nieba tak, jak Eliasz (2Krl 2) , jak Henoh (Rdz 5,16; Syr 49,16).

W konsekwencji okazuje się, że Bóg ukazał Mojżeszowi Ziemię Obiecaną
i powiedział:”Spójrz. Dokonałeś tego, co miałeś dokonać i przyprowadziłeś ich do tej Ziemi. Teraz zjednocz się ze Mną. Zapraszam Cię do radości wiecznego obcowania ze Mną”.

Tak i Jezus – oddaje życie Bogu.

Ojciec Go nie opuścił. Nie zostawił, choć po ludzku sytuacja była beznadziejna.

Zasłona przybytku rozdarła się. Użyte tutaj słowo ma taki sam źródłosłów, jak opis rozwierającego się Nieba podczas chrztu – schizo (Mk 1,10). Od tego słowa mamy słowo schizma – rozerwanie, rozdzielenie. Najpierw rozerwało się Niebo, bo Bóg stał się bliski nam, ludziom. Teraz rozrywa się zasłona przybytku, gdyż Bóg nie jest już tylko Bogiem Żydów. Oni Boga zabili, stare Prawo zostało wypełnione… Miejsce przebywania Boga przestało być tak bardzo ograniczone. Teraz Bóg mieszka pośród nas – w Eucharystii, we wspólnocie. Choć wtedy nikt jeszcze tego nie rozumiał i nie spodziewał się.

Setnik, poganin, wyznał, że Jezus „istotnie był Synem Bożym”. Jaki obraz widział? Co miał przed oczami? Znieważonego, oplutego, ubiczowanego, przybitego do krzyża i umarłego człowieka, który w całym tym wrzasku wokół Niego, trwał w niesamowitej ciszy. Nawet Jego śmierć była pokorna. I zachował godność – nie klął, nie wyklinał tych, którzy stali pod krzyżem…

Kto z nas potrafiłby tak pokornie umrzeć, tak bardzo ufając Bogu?

Kto z nas dobrowolnie ODDAŁBY życie?

Kto z nas wchłonąłby w siebie całe zło, które na niego spadło, i by się nie uskarżał?

Kto z nas potrafiłby tak umrzeć?

Jezu.

W Twoje ręce składam moje życie. Przeprowadź mnie przez umieranie do życia. Pomóż mi trwać w nieustannym dialogu z Tobą. Amen.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *