Jezus chciał przyjść, do tych, którzy Go znali od małego. I co? I przyszedł. A oni? Oni nie uwierzyli. Dlaczego? Bo Go znali. Wiedzieli o nim wszystko – przynajmniej tak twierdzili.
Łapię się czasami na tym, że gdy ktoś chce mi cos powiedzieć o Jezusie, to sobie mysle: „Przecież ja juz to wiem” i nawet nie skupiam się za bardzo na tym, co ktoś do mnie mówi. Nawet wczoraj, w katedrze, gdy nasz Ojciec duchowny mówił homilię, myśli krążyły mi to tu, to tam… No bo przecież „ja juz to wiem”.
A to przecież Bóg naucza. Nie kapłan. Kapłan jest narzędziem, a narzędzie może być liche, słabe, a nawet popsute! Ale to nadal jest narzędzie w rękach Boga!
Poza tym – kto lubi być pouczany?
Nikt!
Kto lubi pouczać?
Wielu!
Jakie jest moje podejście do Ewangelii? Czy ja traktuje Ewangelię na serio? Czy myślę sobie: „Ja już to wiem!”? Ale czy ja tym żyje?
Gdyby Jezus dziś stanął przede mną, nie czułby się lekceważony? Dziwiłby się mojemu niedowiarstwu? Jak miałby to zweryfikować? Patrząc na moje życie. Czy ja żyję według tego co wiem, co znam i w co wierzę?
A może powątpiewam w Jezusa? Bo dla mnie to tylko cieśla z Nazaretu? Może myślę sobie: Jak Jego słowo, może nawet i mądre, może odmienić moje życie? Zmienić w nim cokolwiek? Ano może!
Jezus dziwił się ich niedowiarstwu, bo przecież Go znali!
Jednak mimo zlekceważenia słów Jezusa, On uzdrawia. Choć kilku, ale leczy. Nie poddaje się. Nie popada w zniechęcenie. Naucza. Mimo wszystko. Mimo wszystkich przeciwności.
Czy ja wierzę w to, że Jezus naprawdę ma moc przemienić moje życie? Czy pozwolę Mu zadziałać w sobie mimo tego, że uważam, że wiem o Nim wszystko?
Jezu.
Zbyt często lekceważę Ciebie i Twoje słowa. Daj mi proszę łaskę, która usposobi mnie do przyjęcia Twojej nauki i życia według niej. Niech Twój dobry Duch otworzy moje serce na przyjęcie prawdy o Tobie. Pomóż mi żyć według tej prawdy. Prawdziwie żyć Tobą. Amen.

